czwartek, 30 października 2014
środa, 29 października 2014
zielono mam w głowie
Nosz kurde.
Odkryli mój ketchup, który schowałam. Ostatnimi czasy byłam podirytowana, bo co kupiłam, a chciałam użyć, to już nie było. A mi taka zwykła butla by wystarczyła na rok i pewnie by jeszcze zostało. Muszę sobie znaleźć lepszą kryjówkę. Nie dam ketchupu, ha! :P
Dziś kupowałam trzy pary butów. :))) Biedny, oj biedny portfel.
Młody jest kochany. Wrzaski zakończone. Od momentu kiedy byłam u kumpeli znanej od 1 klasy podstawówki (którą uprzedziłam, że dziecię wrzeszczy), wrzaski zniknęły. :P
Czas jakiś temu kumpela miała ze mnie pożywkę, że ponownie pakuję się w pieluchy. :PP
Dziś jest tak że najpierw jest mój starszy i jej o rok młodsza latorośl (młodzież do jednej szkoły średniej uczęszcza :P)
A potem jest Tita i jej druga córka młodsza od niego o niespełna rok. :P
I co? I zwariowała na punkcie dojrzałego macierzyństwa. Ha!
Jak to powiedziała? Niech spotkają się za kilkanaście lat w jednej szkole. :P
Starszy odbierał dziś młodego ze żłobka. Wow!!!!!!!!!!
Tita już blisko 3 tygodnie nieprzerwanie chodzi do żłobka! Wow!!!!!
Potem spotkałam się z synami w centrum handlowym. Kierowałam się płaczem, młody już koncertował.
Jakaś kobieta z Orange aby osłodzić mu smutek, przyniosła mu balonik. :)
Potem podeszła do mnie kobieta.
- skąd ma pani balonik?
- (kiwnęłam głową na młodego) tak płakał, że ktoś do niego podszedł i mu dał
- :((( ja płakać nie będę
i poszła sobie ;P
No i zostawię Was na koniec z klasyką gatunku. Komentować nie potrzeba.
Szkoda, że Tita śpi.
Cudny program o słoniach na Animal Planet. Ale by krzyczał i piszczał z przejęcia. I pokazywał paluszkiem.
Jak cudne jest życie, jak wrzaski zakończyły się. :)))
Odkryli mój ketchup, który schowałam. Ostatnimi czasy byłam podirytowana, bo co kupiłam, a chciałam użyć, to już nie było. A mi taka zwykła butla by wystarczyła na rok i pewnie by jeszcze zostało. Muszę sobie znaleźć lepszą kryjówkę. Nie dam ketchupu, ha! :P
Dziś kupowałam trzy pary butów. :))) Biedny, oj biedny portfel.
Młody jest kochany. Wrzaski zakończone. Od momentu kiedy byłam u kumpeli znanej od 1 klasy podstawówki (którą uprzedziłam, że dziecię wrzeszczy), wrzaski zniknęły. :P
Czas jakiś temu kumpela miała ze mnie pożywkę, że ponownie pakuję się w pieluchy. :PP
Dziś jest tak że najpierw jest mój starszy i jej o rok młodsza latorośl (młodzież do jednej szkoły średniej uczęszcza :P)
A potem jest Tita i jej druga córka młodsza od niego o niespełna rok. :P
I co? I zwariowała na punkcie dojrzałego macierzyństwa. Ha!
Jak to powiedziała? Niech spotkają się za kilkanaście lat w jednej szkole. :P
Starszy odbierał dziś młodego ze żłobka. Wow!!!!!!!!!!
Tita już blisko 3 tygodnie nieprzerwanie chodzi do żłobka! Wow!!!!!
Potem spotkałam się z synami w centrum handlowym. Kierowałam się płaczem, młody już koncertował.
Jakaś kobieta z Orange aby osłodzić mu smutek, przyniosła mu balonik. :)
Potem podeszła do mnie kobieta.
- skąd ma pani balonik?
- (kiwnęłam głową na młodego) tak płakał, że ktoś do niego podszedł i mu dał
- :((( ja płakać nie będę
i poszła sobie ;P
No i zostawię Was na koniec z klasyką gatunku. Komentować nie potrzeba.
Szkoda, że Tita śpi.
Cudny program o słoniach na Animal Planet. Ale by krzyczał i piszczał z przejęcia. I pokazywał paluszkiem.
Jak cudne jest życie, jak wrzaski zakończyły się. :)))
poniedziałek, 27 października 2014
pieguski
Pieguski. Przepis idealny.
Produkty podstawowe:
Dodatki w postaci orzechów i czekolady dzielimy na mniejsze części.
Dodajemy do naszej masy.
Formujemy małe kulki. Wielkości orzecha włoskiego.
Na blachę układamy (w procesie pieczenia kulka staje się owalem - rozlewa się).
Dodajemy jakiś tłuszcz na blachę.
Pieczemy 10 do 15 minut w 200 stopniach.
Już jasne ciastka po 13 minutach są smaczne.
Warto po upieczeniu je włożyć do pudełka, może być w plastik.
Nie ma co zepsuć. No chyba, że jest się tak podekscytowanym przyjazdem kumpeli ze studiów, że nie wyciągnie się ich z pieca. :PP
W 20 minut mamy Pieguski w domu.
A teraz zobaczcie jakie składniki i dodatki mają Pieguski w sklepie. :)
Smacznego.
W telewizjon godzina z Kazik i Kult. Oj lubię to!!!!!!!!! <3
Produkty podstawowe:
- 1 kostka masła /margaryny
- 1 szklanka cukru
- 1 jajko
- 2,5 szklanki mąki
- 1/2 łyżeczki sody
- 1/2 łyżeczki soli
- orzechy
- rodzynki
- czekolada
- żurawina
Dodatki w postaci orzechów i czekolady dzielimy na mniejsze części.
Dodajemy do naszej masy.
Formujemy małe kulki. Wielkości orzecha włoskiego.
Na blachę układamy (w procesie pieczenia kulka staje się owalem - rozlewa się).
Dodajemy jakiś tłuszcz na blachę.
Pieczemy 10 do 15 minut w 200 stopniach.
Już jasne ciastka po 13 minutach są smaczne.
Warto po upieczeniu je włożyć do pudełka, może być w plastik.
Nie ma co zepsuć. No chyba, że jest się tak podekscytowanym przyjazdem kumpeli ze studiów, że nie wyciągnie się ich z pieca. :PP
W 20 minut mamy Pieguski w domu.
A teraz zobaczcie jakie składniki i dodatki mają Pieguski w sklepie. :)
Smacznego.
W telewizjon godzina z Kazik i Kult. Oj lubię to!!!!!!!!! <3
piątek, 24 października 2014
dopisek
Wczorajszy post nie został uporządkowany.
Nie sprawdziłam, czy da się przeczytać ...
Młody jak się rozdarł, to by było na tyle.
Więc wysłałam taką wersję, jak była.
I nie będę poprawiać.
Tak właśnie wygląda dzień bieżący. Początek jakiś prac - ok, koniec? Niekoniecznie. Po łebkach, albo wcale... Gdzieś w środku zostawiony temat, książka otwarta na tej samej stronie od 2 miesięcy.
I ja ... przy lapku, bo tu można pisać po trochę i zamknąć i znów zacząć.
Dziś młodzian nie był lepszy dla swej matki.
Na placu zabaw dostał spazmów wściekłości i szału, gdy dziewczynka podała mi rękę by pomóc jej wejść na zjeżdżalnię. Nawet nie mogłam jej na karuzeli pobujać ...Ostatnio Starszy nawet koło mnie na łóżku nie mógł usiąść. Dziś sąsiad jak odezwał się do mnie to zapanował jakiś obłęd. Mama jest na własność. Wara od niej. Każdemu.
A poza tym dziś jest dwa tygodnie jak Tita był w żłobku! Jest progres!
Dzisiejszy dzień to było ekstremum.
I to nie syn był w nim głównym bohaterem.
Gdyby było więcej takich dni człowiek byłby siwy w wieku lat 20.
Paraliż ze strachu.
Parę godzin wyjętych z życiorysu.
Zgroza.
...
Fotki, zanim na dworze zrobiło się szaro - buro - ponuro ... Potem dodam jeszcze kilka innych.
Nie sprawdziłam, czy da się przeczytać ...
Młody jak się rozdarł, to by było na tyle.
Więc wysłałam taką wersję, jak była.
I nie będę poprawiać.
Tak właśnie wygląda dzień bieżący. Początek jakiś prac - ok, koniec? Niekoniecznie. Po łebkach, albo wcale... Gdzieś w środku zostawiony temat, książka otwarta na tej samej stronie od 2 miesięcy.
I ja ... przy lapku, bo tu można pisać po trochę i zamknąć i znów zacząć.
Dziś młodzian nie był lepszy dla swej matki.
Na placu zabaw dostał spazmów wściekłości i szału, gdy dziewczynka podała mi rękę by pomóc jej wejść na zjeżdżalnię. Nawet nie mogłam jej na karuzeli pobujać ...Ostatnio Starszy nawet koło mnie na łóżku nie mógł usiąść. Dziś sąsiad jak odezwał się do mnie to zapanował jakiś obłęd. Mama jest na własność. Wara od niej. Każdemu.
A poza tym dziś jest dwa tygodnie jak Tita był w żłobku! Jest progres!
Dzisiejszy dzień to było ekstremum.
I to nie syn był w nim głównym bohaterem.
Gdyby było więcej takich dni człowiek byłby siwy w wieku lat 20.
Paraliż ze strachu.
Parę godzin wyjętych z życiorysu.
Zgroza.
...
Fotki, zanim na dworze zrobiło się szaro - buro - ponuro ... Potem dodam jeszcze kilka innych.
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------
ostatnia fotka - pierwszy obóz koncentracyjny w Polsce
kilkanaście minut drogi od mojego domu
bardzo złe miejsce
okrutne i złe
nieludzkie
nie pogodzę się nigdy z tym miejscem
czwartek, 23 października 2014
lukrowe macierzyństwo
Bycie rodzicem jest cudowne.
Nadaje sens, napędza do życia, do walki, do miłości, do radości.
Nadaje sens, napędza do życia, do walki, do miłości, do radości.
środa, 22 października 2014
Luby
Późny wieczór ubiegłego tygodnia. Walczę w kuchni.
Otwieranie drzwi ... to jeszcze nie godzina, by Luby miał wracać z pracy. Pozostali domownicy obecni. Wyglądam, kto zacz.
Wchodzi Luby.
Otwiera drzwi balkonowe. Zagląda do szafy.
- to ja tu wracam wcześniej, sprawdzam na balkonie, w szafie, w łóżku, kogo sprowadzasz, a ty ciasta pieczesz w kuchni? :PPP
------
sms do mnie: "jesteśmy bogaci trójkę w totka mam"
Luby do swojego szefa
- zwalniam się z pracy
- ??????????? o_O (zaszokowanie)
- no trójkę wygrałem w totka
:PPP
Jak tu go nie kochać?
Otwieranie drzwi ... to jeszcze nie godzina, by Luby miał wracać z pracy. Pozostali domownicy obecni. Wyglądam, kto zacz.
Wchodzi Luby.
Otwiera drzwi balkonowe. Zagląda do szafy.
- to ja tu wracam wcześniej, sprawdzam na balkonie, w szafie, w łóżku, kogo sprowadzasz, a ty ciasta pieczesz w kuchni? :PPP
------
sms do mnie: "jesteśmy bogaci trójkę w totka mam"
Luby do swojego szefa
- zwalniam się z pracy
- ??????????? o_O (zaszokowanie)
- no trójkę wygrałem w totka
:PPP
Jak tu go nie kochać?
wtorek, 21 października 2014
czwartek, 16 października 2014
wspomnienia podkarpackie
2012 rok
Miejscowość M. (ach, pamiętam nadal jej nazwę).
"Idziemy" z A. do centrum rehabilitacji.
Jest dzień po. Obudziłam się niesprawna, uszkodzona, z siniakami, guzami, otarciami, przypaleniem, ze spuchniętą nogą i bez pamięci. Ku powszechnej radości wokół.
Jest dzień po. Obudziłam się niesprawna, uszkodzona, z siniakami, guzami, otarciami, przypaleniem, ze spuchniętą nogą i bez pamięci. Ku powszechnej radości wokół.
środa, 15 października 2014
poniedziałek, 13 października 2014
sobota, 11 października 2014
Rejs 2.
Miejsce: mieszkanie
Czas: październik 2014 r.
Obsada: ja i Luby
Scenografia: pokój. Wieczorny bałagan. My koło siebie. Przed nami stół, przed Lubym estetyczne szczątki makreli w folii, obgryziona marchewka zostawiona przez młodego, nadgryzione ciastko. I puszka piwa.
Wieczór. Pełen romantyzm. Ja stukam w pasjansa pająka na laptopie. Luby wpatruje się tępo w tv i przysypia. Młody śpi, relaks, przytłumione dźwięki.
Nagle w moją zadumę wkraczają dziwne dźwięki.
Takie przeponowe:
buuuuu
buuuuuuuuuu
buuuuuuuuuuuuuuu
(coś w rodzaju buczenia barana lub pierwszych prób posługiwania się mową ludzką)
Obracam się z niedowierzaniem, a tu inżynier Mamoń z całkowitą powagą udziela mi instrukcji dźwiękowej redukcji biegów w motocyklu.
Marek Piwowski nie zawstydził by się tej sceny w kontynuacji Rejsu.
Ja odpłynęłam i makijaż ze śmiechu też mi spłynął. Jakby ktoś był zainteresowany posiąść wiedzę w zakresie słuchowym, służę odpowiedzią. Ćwiczyłam pilnie buuuuuu. Zapisuję się na egzamin. Już na jedno pytanie motocyklowe znam odpowiedź. :DDD
Czas: październik 2014 r.
Obsada: ja i Luby
Scenografia: pokój. Wieczorny bałagan. My koło siebie. Przed nami stół, przed Lubym estetyczne szczątki makreli w folii, obgryziona marchewka zostawiona przez młodego, nadgryzione ciastko. I puszka piwa.
Wieczór. Pełen romantyzm. Ja stukam w pasjansa pająka na laptopie. Luby wpatruje się tępo w tv i przysypia. Młody śpi, relaks, przytłumione dźwięki.
Nagle w moją zadumę wkraczają dziwne dźwięki.
Takie przeponowe:
buuuuu
buuuuuuuuuu
buuuuuuuuuuuuuuu
(coś w rodzaju buczenia barana lub pierwszych prób posługiwania się mową ludzką)
Obracam się z niedowierzaniem, a tu inżynier Mamoń z całkowitą powagą udziela mi instrukcji dźwiękowej redukcji biegów w motocyklu.
Marek Piwowski nie zawstydził by się tej sceny w kontynuacji Rejsu.
Ja odpłynęłam i makijaż ze śmiechu też mi spłynął. Jakby ktoś był zainteresowany posiąść wiedzę w zakresie słuchowym, służę odpowiedzią. Ćwiczyłam pilnie buuuuuu. Zapisuję się na egzamin. Już na jedno pytanie motocyklowe znam odpowiedź. :DDD
o_O
Wygraliśmy! Wygraliśmy z Niemcami w nogę! Pierwsze zwycięstwo od wygranej w bitwie pod Grunwaldem. o_O
A wcześniej mistrzostwa świata w siatę.
Zwycięstwo w Tour de Pologne.
Co się dzieje?
To tak można? Nie jesteśmy narodem nieudaczników?
Jutro u nas maraton.
Jakże zazdroszczę.
Może, może kiedyś będę miała siły na półmaraton. Marzenia zawsze można mieć. Nic nie kosztują.
A wcześniej mistrzostwa świata w siatę.
Zwycięstwo w Tour de Pologne.
Co się dzieje?
To tak można? Nie jesteśmy narodem nieudaczników?
Jutro u nas maraton.
Jakże zazdroszczę.
Może, może kiedyś będę miała siły na półmaraton. Marzenia zawsze można mieć. Nic nie kosztują.
środa, 8 października 2014
o dzieciach małych i dużych
Często czytam blogi parentingowe. Jest ich ogrom w necie, czasami można coś fajnego znaleźć dla siebie, czasami jakaś myśl podłapać, poznać spojrzenie innego rodzica, czegoś nauczyć się.
Często też zaglądam na jedno popularne forum ciążowo - dzieciowe w wieku Titowym, mimo, że jestem tylko czytaczem i nigdy nie zakładałam tam konta. Tam czytam o boomie chorobowym dzieciaczków, wiem jak wyglądają ich układy dnia, snu, posiłków, zapisywanych lekarstw, promocji na Dadę i obuwie i aspektów żłobkowych. Wiem, że u nas jest podobnie i to uspakaja. Nie odbiegamy od nich.
Mam małe dziecko. O nim najczęściej tu piszę. To chwile są tak ulotne, czas tak gna, że zanim obejrzę się, ten czas minie.
Nawet jak jest u mnie nudnie, to nie każę tu zaglądać, czytać. Wprost przeciwnie. Dobrowolność.
Zresztą nie afiszuję się, że piszę. Adres ten dałam tylko osobom, które znam i którym ufam.
Ale ja nie o tym chciałam pisać. Net przepełnia ogólny zachwyt dziecięcy. Ociekający niejako lukrem i wręcz spływający. Nawołujący do rodzicielstwa bliskości i bez przemocy. Ach i och.
Bo takiego małego maluszka bardzo łatwo kochać. Po prostu. Świat dziecka jest prosty i nieskomplikowany.
Wraz z wiekiem komunikacja komplikuje się. Przestaje być prosta. Z biegiem lat coraz mniej jesteśmy obecni w życiu dziecka. Nasze godziny rozmów mają mniejszą wagę niż jedno zdanie rówieśnicze. Dziecko dokonuje swoich wyborów.
Dziś starszy do mnie rzekł: uciekłem z wf. To niesprawiedliwe, dziewczyny zwalniają, a nas nie.
Często też zaglądam na jedno popularne forum ciążowo - dzieciowe w wieku Titowym, mimo, że jestem tylko czytaczem i nigdy nie zakładałam tam konta. Tam czytam o boomie chorobowym dzieciaczków, wiem jak wyglądają ich układy dnia, snu, posiłków, zapisywanych lekarstw, promocji na Dadę i obuwie i aspektów żłobkowych. Wiem, że u nas jest podobnie i to uspakaja. Nie odbiegamy od nich.
Mam małe dziecko. O nim najczęściej tu piszę. To chwile są tak ulotne, czas tak gna, że zanim obejrzę się, ten czas minie.
Nawet jak jest u mnie nudnie, to nie każę tu zaglądać, czytać. Wprost przeciwnie. Dobrowolność.
Zresztą nie afiszuję się, że piszę. Adres ten dałam tylko osobom, które znam i którym ufam.
Ale ja nie o tym chciałam pisać. Net przepełnia ogólny zachwyt dziecięcy. Ociekający niejako lukrem i wręcz spływający. Nawołujący do rodzicielstwa bliskości i bez przemocy. Ach i och.
Bo takiego małego maluszka bardzo łatwo kochać. Po prostu. Świat dziecka jest prosty i nieskomplikowany.
Wraz z wiekiem komunikacja komplikuje się. Przestaje być prosta. Z biegiem lat coraz mniej jesteśmy obecni w życiu dziecka. Nasze godziny rozmów mają mniejszą wagę niż jedno zdanie rówieśnicze. Dziecko dokonuje swoich wyborów.
Dziś starszy do mnie rzekł: uciekłem z wf. To niesprawiedliwe, dziewczyny zwalniają, a nas nie.
Tyle mówię o zasadzie sprawiedliwości, prawdomówności, równości. I co tu odpowiedzieć, jak sprawiedliwości nijak nie ma? Jednego ukarzmy, drugiemu odpuśćmy. Jednemu uwagę, a drugiemu za gorsze przewinienie upomnienie (słowne) lub zignorowanie przez nauczyciela czy dyrektora?
Starszy doświadcza mnie takimi akcjami, że czasami oczy otwierają mi się szeroko. Ale z uwagi na Jego prywatność, pisać o nich nie zamierzam. A czasami wolę jak najszybciej zapomnieć, bo nic nie niesie, poza poczuciem bezsensu.
Trudno jest być rodzicem nastolatka. Wtedy już nie ma tego lukru i cudu miodu. Poczynając od tego, że ciężko przytulać kogoś, kto jest sporo wyższy od nas. I kto najczęściej nie mówi, a burczy, fukając używając przy tym słów, które niekoniecznie chcielibyśmy usłyszeć.
Ciężko takiemu wyrostkowi wyznawać uczucie. Szczególnie, że najpierw potrafi dziecię dokuczyć, by po chwili nagle zmieniać się w potulnego baranka, kiedy jeszcze w rodzicu szaleją emocje, niekoniecznie pozytywne.
I co tu odpowiedzieć na taką ucieczkę, kiedy samemu w tym wieku uciekało się z lekcji, aż furczało?
Dopiero co odnalazłam (po roku) Jego zgubiony worek z wf, w kolejnym tygodniu już go nie miał. Znowu zgubił. A tam buty za pewnie 200 zł, spodenki za sto i jakaś bluzka... Ale co tam.
Zimno jak na Syberii, a ten wraca ze szkoły (druga strona miasta, kilka przesiadek) w krótkich spodenkach. Kurtka? Jaka kurtka? Po co? Czepiam się.
o fasolce
Jestem nastolatką. Jest sielsko, anielsko. Siedzę w mieszkaniu u kumpeli klatkę obok. Leniwa atmosfera, czytamy obie książki. Sielanka. I nagle w ten spokój wbija mi się słowo: FASOLKA!!!!!! Niczym łania biegłam wtedy do domu krzycząc fasolka, fasolka. Jak dopadłam do kuchni, to smętne ostatnie fragmenty fasoli przypalały się do czarnego spalonego garnka. Kucharka doskonała. Alzheimer zaawansowany.
Hmm co tu zrobić, za parę godzin mama wróci z pracy i będzie wojna. Zaglądam do szafki, jest jeszcze fasolka, buch ją wrzątkiem i gotuję, gotuję na maksie. Ile fabryka gazowa z CCCR dała.
Spalony garnek walnęłam do brata do pokoju. Pod akwarium. Tam przez ostatnie lata był taki syf, że i i tak nic nie było widać (kiedyś w tym syfie nawet jego nie zobaczyłam). Że leży garnek odkryli parę miesięcy później.
Mama przyszła z pracy. Zagląda do garnka. Coś mało tej fasoli? I twarda. Całą noc się moczyła, a taka twarda... - rzekła.
Oj
Dziś też mam fasolkę na obiad. Ale to nie ja kucharzyłam. I nie jest czarna przyjarana z garnkiem.
Byłam dziś u lekarza. Ze sobą. Kaszlałam tak, że myślałam, że płuca mi pękną, zapadną się, wbiją się w plecy. Po kaszlu padałam z osłabienia. Doktor jak zajrzała mi w gardło to tylko wykrzyknęła, jakie jest brzydkie. No to mam to samo co Tita, tylko rozwinięte, bo antybiotyk. I oby od teraz dochodzić już do zdrowia, bo mam dość szczepów chorobowych i wirusów przynoszonych ze żłoba.
Tita sporo śpi. Dziś zasnęłam, budzę się wystraszona, a ten przy mnie śpi sobie słodko. Już przed 17 zasypia i śpi. Kto by kiedyś pomyślał.
Wczoraj dwukrotnie spadł z łóżka naszego. Raz weszłam do kuchni, a ten obrócił się dwukrotnie i spadł. No to włożyłam rożek, by uniemożliwić takie akrobacje. Szukam w wysokiej szafce leków, a ten razem z rożkiem spadł ...
Poza tym dostaje jobla w mieszkaniu. Dziś było pięknie na dworze, a wyjść nie można. Dobrze, że wygląda, że jego przebieg choroby jest ciut lepszy niż u mnie.
Hmm co tu zrobić, za parę godzin mama wróci z pracy i będzie wojna. Zaglądam do szafki, jest jeszcze fasolka, buch ją wrzątkiem i gotuję, gotuję na maksie. Ile fabryka gazowa z CCCR dała.
Spalony garnek walnęłam do brata do pokoju. Pod akwarium. Tam przez ostatnie lata był taki syf, że i i tak nic nie było widać (kiedyś w tym syfie nawet jego nie zobaczyłam). Że leży garnek odkryli parę miesięcy później.
Mama przyszła z pracy. Zagląda do garnka. Coś mało tej fasoli? I twarda. Całą noc się moczyła, a taka twarda... - rzekła.
Oj
Dziś też mam fasolkę na obiad. Ale to nie ja kucharzyłam. I nie jest czarna przyjarana z garnkiem.
Byłam dziś u lekarza. Ze sobą. Kaszlałam tak, że myślałam, że płuca mi pękną, zapadną się, wbiją się w plecy. Po kaszlu padałam z osłabienia. Doktor jak zajrzała mi w gardło to tylko wykrzyknęła, jakie jest brzydkie. No to mam to samo co Tita, tylko rozwinięte, bo antybiotyk. I oby od teraz dochodzić już do zdrowia, bo mam dość szczepów chorobowych i wirusów przynoszonych ze żłoba.
Tita sporo śpi. Dziś zasnęłam, budzę się wystraszona, a ten przy mnie śpi sobie słodko. Już przed 17 zasypia i śpi. Kto by kiedyś pomyślał.
Wczoraj dwukrotnie spadł z łóżka naszego. Raz weszłam do kuchni, a ten obrócił się dwukrotnie i spadł. No to włożyłam rożek, by uniemożliwić takie akrobacje. Szukam w wysokiej szafce leków, a ten razem z rożkiem spadł ...
Poza tym dostaje jobla w mieszkaniu. Dziś było pięknie na dworze, a wyjść nie można. Dobrze, że wygląda, że jego przebieg choroby jest ciut lepszy niż u mnie.
poniedziałek, 6 października 2014
po lekarzu
Byliśmy u lekarza.
Podgłośniowe (?) wirusowe zapalenie krtani.
Antybiotyku brak, za to bierzemy Groprinosin i Zyrtec. Kropelki.
Znaczy, że w tym tygodniu żłobka brak.
Przebieg choroby może być różny, więc oby nie było gorzej niż teraz.
Podgłośniowe (?) wirusowe zapalenie krtani.
Antybiotyku brak, za to bierzemy Groprinosin i Zyrtec. Kropelki.
Znaczy, że w tym tygodniu żłobka brak.
Przebieg choroby może być różny, więc oby nie było gorzej niż teraz.
niedziela, 5 października 2014
sobota, 4 października 2014
17 miesięcy
Tyle minęło.
Kiedy i dlaczego nie wiem.
Czas biegnie i gna do przodu.
Może to ja jestem coraz starsza i mam takie odczucie??
Ten miesiąc podsumowań będzie inny.
Ostatni miesiąc to rozpoczęcie żłobka.
To szereg plusów, minusów.
To zmierzanie się z wirusami.
To oczekiwanie, co tym razem będzie.
Co tym razem przyniesie wieczór lub noc.
Cóż znowu.
Po tygodniu pobytu w domu chyba w okolicach weekendu miał prawie 38 stopni, więc na kolejny poniedziałek i wtorek został w domu.
Poszedł w środku tygodnia a dziś - sobota zaczął kaszleć i pierwszy raz jakby coś z gardłem miał.
o_O
Dotychczas z wszystkich leków, które miał kupowane to było:
- przeciwból (na zęby)
- żel (na zęby)
- krople do oczu (jako noworodek by przetkać kanalik - nie były skuteczne, zaprzestaliśmy)
- sól morską
- witaminę K i D
We wrześniu pierwszy raz zakupiłam smectę i to z elektrolitami.
Dziś przybyłam z tantum verde i czymś odkrztuśnym.
Kiedyś, w dawnych czasach w żłobkach robili czystki, by mniej dzieci chodziło (i tym samym by było mniej pracy), po spaniu były otwierane okna. Wystarczało.
Dziś u Tity w żłobku lista, która jest od września już ma ileś nazwisk wykreślonych. W piątek przybyło kolejne dziecko. Matki wymiękają i wypisują dzieci.
I ja też wymiękam.
Nie znam tego z autopsji. Starszy rozpoczął przygodę z placówkami jako dziecko blisko 3 letnie. Miał już inną odporność organizmu. Raz na jakiś czas coś przyplątywało się, najczęściej jakiś katar.
A Tita przez ten wrzesień nawet nie wiem, czy więcej chodził do żłobka, czy był w domu.
Ale plusy żłobka są.
Chętnie siedzi na nocniczku i ostatnio coś tam zrobił.
Pięknie je jedzonko, jest bardzo chętny na jedzenie i ładnie opróżnia miseczki.
Ma sporo wrażeń w żłobku, aż tyle, że bywa, że o 16.30 zasypia już na noc.
Wczoraj widziałam jak dzieciaczki siedzą na ławeczce jedno obok drugiego w oczekiwaniu na chrupek kukurydziany. Cudowny widok.
A Luby ostatnio troszkę później go zawiózł i natrafił już na jakiś program z muzyką. Coś się działo za drzwiami.
Nie jesteśmy w stanie zapewnić mu w domu takiego programu. Nawet jak ja czy Luby z nim jesteśmy to musimy posprzątać, umyć naczynia, poprać, ugotować, upiec, iść na zakupy, napisać pismo. A tam w blokach tematycznych zgodnie z rozkładem mają zajęcia, panie na zapleczu nie mają tarki do prania, garnka na kuchni i ubrań do przeprasowania. Mają tylko dzieciaczki.
A jedzenie naprawdę jest urozmaicone. I nie byłabym w stanie tak różnorodnie każdego dnia przygotowywać posiłków. Sama bym chciała to jeść. Jak powiedziała ostatnio przedszkolanka, te porcje są tak duże, że sama by się nimi najadła.
Kumpela oddała swoją córkę do innego żłobka też w tym samym terminie. Jak się widzimy, to pytamy się, tym razem co? U niej teraz córka była też w domu, bo gorączka. Wcześniej wysypka. W jej żłobku była teraz szkarlatyna. W innym bostonka. Na bogato. Od wyboru, do koloru. W żłobku tylko słyszę, jak co chwila kolejne dziecko idzie, wraca, znów idzie i apiać.
Bardzo ciężko mi było oddać malucha do żłobka. Ale teraz lecę po niego na skrzydłach.
W planach na październik mają naukę higieny - mycia rączek i odkładania zabawek po zabawie. I inne. Bo wrzesień był adaptacyjny. Zapoznawczy.
Gdyby tylko małe maluchy nie chorowały. Staremu ciężko chorować, a jak takiemu maleństwu coś jest to serce ściska.
A co poza tym?
Waga nadal koło 12 kg.
Wzrost nie wiem.
Mówić nie chce.
Lubi nas karmić i nawet jeszcze palem popychać, by z kogoś buzi jedzenie nie wyleciało.
Jest pogodniejszy i częściej uśmiecha się.
Nadal uwielbia mleczko.
Nadal nie lubi swojego łóżeczka do snu.
Obudził dziś tatę rzucając na jego plecy ziemię z kawałkiem kwiatka. Bez doniczki.
Jest cudowny.
Kiedy i dlaczego nie wiem.
Czas biegnie i gna do przodu.
Może to ja jestem coraz starsza i mam takie odczucie??
Ten miesiąc podsumowań będzie inny.
Ostatni miesiąc to rozpoczęcie żłobka.
To szereg plusów, minusów.
To zmierzanie się z wirusami.
To oczekiwanie, co tym razem będzie.
Co tym razem przyniesie wieczór lub noc.
Cóż znowu.
Po dwóch dniach pobytu w żłobku dostał katar. Zostało wrzucone na konto żłobka, ale pewnie to przez piątki, bo i przy poprzednich zębach katar nam towarzyszył. Ślini się na potęgę, dziś przez godzinę trzy bluzki miał przebrane. Po miesiącu katar nadal występuje.
W każdym razie po dwóch dniach przez następne 3 dni zostawiliśmy młodego w domu.
Poszedł na kolejny cały tydzień.
I w sobotę tydzień później rodzinnie rozłożyliśmy się jelitówką.
Znowu nie wiadomo, czy to żłobek, czy kumpel z pracy, którego parę dni wcześniej spotkałam i witałam się z nim, podając rękę. Właśnie mówił, że dopiero powstał po jelitówce do życia.
Jelitówka skosiła wszystkich.
Potem jeszcze załatwiłam kumpelę i jej syna kiedy już miałam nadzieję, że nie rozsiewamy paskudztwa polegli też.
Zaliczyliśmy lekarza. Osłuchowo nic nie było, z badań nic nie wynikło. Pisałam - miał dużo pić i elektrolity uzupełniać.Po tygodniu pobytu w domu chyba w okolicach weekendu miał prawie 38 stopni, więc na kolejny poniedziałek i wtorek został w domu.
Poszedł w środku tygodnia a dziś - sobota zaczął kaszleć i pierwszy raz jakby coś z gardłem miał.
o_O
Dotychczas z wszystkich leków, które miał kupowane to było:
- przeciwból (na zęby)
- żel (na zęby)
- krople do oczu (jako noworodek by przetkać kanalik - nie były skuteczne, zaprzestaliśmy)
- sól morską
- witaminę K i D
We wrześniu pierwszy raz zakupiłam smectę i to z elektrolitami.
Dziś przybyłam z tantum verde i czymś odkrztuśnym.
Kiedyś, w dawnych czasach w żłobkach robili czystki, by mniej dzieci chodziło (i tym samym by było mniej pracy), po spaniu były otwierane okna. Wystarczało.
Dziś u Tity w żłobku lista, która jest od września już ma ileś nazwisk wykreślonych. W piątek przybyło kolejne dziecko. Matki wymiękają i wypisują dzieci.
I ja też wymiękam.
Nie znam tego z autopsji. Starszy rozpoczął przygodę z placówkami jako dziecko blisko 3 letnie. Miał już inną odporność organizmu. Raz na jakiś czas coś przyplątywało się, najczęściej jakiś katar.
A Tita przez ten wrzesień nawet nie wiem, czy więcej chodził do żłobka, czy był w domu.
Ale plusy żłobka są.
Chętnie siedzi na nocniczku i ostatnio coś tam zrobił.
Pięknie je jedzonko, jest bardzo chętny na jedzenie i ładnie opróżnia miseczki.
Ma sporo wrażeń w żłobku, aż tyle, że bywa, że o 16.30 zasypia już na noc.
Wczoraj widziałam jak dzieciaczki siedzą na ławeczce jedno obok drugiego w oczekiwaniu na chrupek kukurydziany. Cudowny widok.
A Luby ostatnio troszkę później go zawiózł i natrafił już na jakiś program z muzyką. Coś się działo za drzwiami.
Nie jesteśmy w stanie zapewnić mu w domu takiego programu. Nawet jak ja czy Luby z nim jesteśmy to musimy posprzątać, umyć naczynia, poprać, ugotować, upiec, iść na zakupy, napisać pismo. A tam w blokach tematycznych zgodnie z rozkładem mają zajęcia, panie na zapleczu nie mają tarki do prania, garnka na kuchni i ubrań do przeprasowania. Mają tylko dzieciaczki.
A jedzenie naprawdę jest urozmaicone. I nie byłabym w stanie tak różnorodnie każdego dnia przygotowywać posiłków. Sama bym chciała to jeść. Jak powiedziała ostatnio przedszkolanka, te porcje są tak duże, że sama by się nimi najadła.
Kumpela oddała swoją córkę do innego żłobka też w tym samym terminie. Jak się widzimy, to pytamy się, tym razem co? U niej teraz córka była też w domu, bo gorączka. Wcześniej wysypka. W jej żłobku była teraz szkarlatyna. W innym bostonka. Na bogato. Od wyboru, do koloru. W żłobku tylko słyszę, jak co chwila kolejne dziecko idzie, wraca, znów idzie i apiać.
Bardzo ciężko mi było oddać malucha do żłobka. Ale teraz lecę po niego na skrzydłach.
W planach na październik mają naukę higieny - mycia rączek i odkładania zabawek po zabawie. I inne. Bo wrzesień był adaptacyjny. Zapoznawczy.
Gdyby tylko małe maluchy nie chorowały. Staremu ciężko chorować, a jak takiemu maleństwu coś jest to serce ściska.
A co poza tym?
Waga nadal koło 12 kg.
Wzrost nie wiem.
Mówić nie chce.
Lubi nas karmić i nawet jeszcze palem popychać, by z kogoś buzi jedzenie nie wyleciało.
Jest pogodniejszy i częściej uśmiecha się.
Nadal uwielbia mleczko.
Nadal nie lubi swojego łóżeczka do snu.
Obudził dziś tatę rzucając na jego plecy ziemię z kawałkiem kwiatka. Bez doniczki.
Jest cudowny.
czwartek, 2 października 2014
Subskrybuj:
Posty (Atom)









