Laaaata temu.
A nawet w ubiegłym wieku.
Święta Bożego Narodzenia.
Krzątamy się z mamą w kuchni.
Pierogi w robocie, pachnie kapusta, produkcja makaronu w toku.
Wchodzi mój ówczesny chłopak.
Pyta: "Kiedy ze święconką idziemy?".
Z wrażenia ręce, nogi i rajstopy mi opadły.
On tak serio!!!!
Do dziś żałuję, że nie puściłam go z jakimś koszyczkiem do kościoła.
Ksiądz (i inni) zbieraliby szczękę z podłogi.
:)))
Święta trwają.
Dym jak co rok.
Tak po chrześcijańsku.
Jazgot i krzyki.
Usiłowanie bycia dobrą córką niespecjalnie mi wychodzi.
Nie dzierżę głupawych słów, bezpodstawnych oskarżeń i jęków dla jęku.
Ten to, ten tamto, ja to i owo. Luby to i owo.
I tak po świątecznemu zaczynam wrzeszczeć w odpowiedzi.
Tak bardzo po chrześcijańsku.
Psychicznie nie daję rady. :/
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz