niedziela, 4 czerwca 2017

o śmierci

Nie wiem, czy  mi się uda napisać ten post.
Nie potrafię pisać o śmierci.
A co jakiś czas pojawia się u mnie na blogu.  Pisałam o bliskich: Krzychna  babcia 
Pisałam też o śmierci innych osób.
Bo życie nie trwa tyle, ile chcielibyśmy.

Czas ponownie zmierzyć się z rzeczywistością.
I przeszłością. Tym wpisem po śmierci Wysokiego.


Dobry chłop z niego był, ino gorzałę pił.
Znacie te słowa piosenki?
Są prawdziwe, ale nie śmieszne.
To nie będzie wesoły wpis.

Upłynęło już trochę czasu, bym sobie poukładała w głowie i zrozumiała.

To będzie historia o człowieku, który miał pomóc mi uwierzyć w sens życia, gdy zawaliło mi się moje małżeństwo i zostałam sama z kilkuletnim dzieckiem. Bez winy jakiekolwiek osoby. Choroba nie wybiera.

To będzie historia o człowieku, który zawsze stał koło mnie, bliżej lub dalej przez 20 lat. Człowieka, z którym przez lata szłam wspólnie przez życie. Z którym planowałam zostać ponownie matką i utworzyć wreszcie normalną rodzinę.

Człowieka, który bezwarunkowo był za mną.
Który mnie kochał ze wszystkimi słabościami.
Który był na dobre i na złe. Obok mnie przy tych koszmarach, których doświadczałam.

Wysoki. Przystojny. Z niesamowitym głosem, który urzekał mnie.
Brunet wieczorową porą.
Z rękami, których dotyk miał moc, z którym nie spotkałam się nigdy więcej.

Sam kiedyś po przejściach. I ja byłam tym promykiem nadziei.

Brzmi cudownie.
Ale tak nie było.
Bo oprócz nas był ktoś trzeci.
Alkohol.
Jestem dzieckiem DDA.
Doświadczyłam w dzieciństwie, czym jest piekło alkoholizmu. Pisałam o tym na blogu.

Często dzieci DDA wybierają partnerów takich samych, jak rodzice.

Wysoki był alkoholikiem.
Z roku na rok choroba była bardziej zaawansowana.
Nic nie pomagało.
Moje groźby, prośby, krzyki, wrzaski. Nic.
Krzyki były po mojej stronie.
On był spokojny.
To ja byłam tajfunem.
A we mnie narastała furia.

Nie chciałam dla siebie takiego życia.
Nie po tym, co w życiu mnie dotknęło.
Ani nie chciałam tego dla mojego syna.

Wysoki nie wykorzystał żadnej ze szans, którą dostał.

Cały czas kłamał, że zacznie się leczyć. Że się leczy.

W jednym kwartale tamtego roku, kiedy babcia moja umierała na OIOMie, mama walczyła z nowotworem, a ja byłam jej opiekunką, nadto kończyłam pięcioletnie studia i miałam egzaminy, pracę magisterską i obronę oraz bardzo poważną kontrolę w pracy postanowiłam uporządkować swoje życie. Rozpocząć ponownie życie tylko z synem. Bez toksycznych związków.

Telefony, błagania i kłamstwa nie skończyły się.

Po paru latach ułożyłam sobie życie.
Poznałam Lubego.
Urodził się synek.

Pozmieniałam nr telefonu.
Zaczęłam normalnie żyć.

Wysoki nadal pił.
Kilka miesięcy temu zadzwoniła do mnie niedoszła moja szwagierka.
O interwencję.
O to jak pije, okłamuje rodzinę.
Zadzwoniłam do niego.

Prosty nr telefonu. Zapamiętałam od razu. Trzy trójki, dwójka i ubiegły rok. Bo telefony kiedyś były sześciocyfrowe.
Ten nr telefonu jest mi już niepotrzebny. Wszyscy już tam umarli. Jego siostra na raka, jego mama, on.
Zadzwoniłam. Wygarnęłam.
Powiedziałam jemu, co myślę.
Ale wiedziałam, że nieskuteczne to będzie.

Bo alkoholik musi sam chcieć walczyć z nałogiem.

Teraz dostałam telefon o jego śmierci.
A tydzień wcześniej coś mi mówiło, zadzwoń do niego, zadzwoń.
Ale nie chciałam słuchać tego głosu.
A ten nie ustawał.
Kilka dni później zmarł.

Pogrzeb.
Urna z prochami.
Tyle po nas zostanie.
Nicość.
Proch.
Miłość, emocje, uczucie, życie ....
 
Napis w kaplicy. Brutalnie prawdziwy.
"Z tego świata weźmiesz ze sobą tylko tyle, ile udźwignie twoja dusza"

Pochowany został niedaleko grobu mojego ojca.
Też alkoholika.
I Wojtka z rodziny mamy. Potrąconego, gdy pijany szedł drogą.
Wszyscy młodzi.
Wszyscy powinni mieć życie przed sobą.
Wszyscy powinni dopiero zacząć żyć.

I w tym wszystkim jest jedno, czego nie rozumiem.
Zmarł 10 lat po śmierci ukochanej Babci.
Co do dnia równe 10 lat.
Dlaczego?
Nie wierzę nadal w to, że Wysokiego już nie ma.
Że ktoś, kto był tak blisko mnie przeszedł już na drugą stronę.
Że chowałam do grobu byłego partnera.

Jestem rozgoryczona, że taką wybrał drogę. Smutna. Zła. Wściekła.

Czuję pustkę.
Jest mi bardzo przykro.
I trudno.










Brak komentarzy:

Prześlij komentarz