środa, 25 października 2017

krok pierwszy /oczy

Krok pierwszy - oczy.
It`s a long story.


Wadę wzroku zafundowałam sobie sama.
W dawnych czasach, przez bardzo częste podróże w podrzędnym PKP, gdzie korytarz oświetlony był jedynie lichą żółtą jarzeniówką.
Wyciąganie ksiażki w kierunku korytarza i światła, by móc czytać....
Jazdy do babci. Przystanek Nowy Tomyśl. Przystanek Międzyrzecz. Przystanek Trzemeszno.
Czytanie pod kołdrą...

Mając 13 lat wskoczyłam w okulary.
W teorii.
Bo w praktyce nienawidziłam ich.
Obrzydliwe, ohydne - białe i potem czerwone plastiki.
Czułam się w nich najbrzydsza na świecie.
Jak tylko mogłam, nie zakładałam ich.
W tamtych czasach okulary były na miarę Uli Brzyduli.
Szpetne, wszystkie szpetne.

Mając 18 lat kupiłam sobie soczewki.
Pamiętam te uczucie, jak pierwszy raz je założyłam.
Przy -3,5 nagle zaczęłam widzieć świat. Normalnie widzieć. Jak ten, mający zdrowe oczy.
To było dla mnie wybawienie.
Największy wynalazek ludzkości. Soczewki kontaktowe.

Soczewki roczne. Dwa płyny. Tabletka. Można było  nosić przez tydzień.
Potem oczy przestały je tolerować.

Soczewki miesięczne. Miękkie.
I różne perypetie związane z alergią, zapaleniem spojówek....
Tarcie oczu, zaczerwienie..
Coraz krócej mogłam w nich chodzić.
Czułam jakbym miała piasek w oczach...
Dwa tygodnie, tydzień i soczewki miesięczne szły do śmieci...

Czas leciał. Wada pogłębiała się. Nienawiść do okularów wzrastała.

Wzrastało marzenie o korekcji wzroku.
Uzbierałam pieniądze.
Ale nie mogłam zostać zakwalifikowana - karmiłam piersią (z uwagi na ciśnienie).
A karmiłam długo. Przeszło trzy i pół roku. I nie żałuję ani godziny karmienia. ;)

Zamiast więc na zabieg polecieliśmy sobie na Majorkę.
Po powrocie zaczęłam zbierać ponownie.
W ubiegłym roku przestałam karmić.
Zmotywowana głosem ode mnie z pracy (dwie osoby przechodziły zabieg), bym zapisała się teraz, bo są chwilowo niższe ceny zapisałam się na badania kwalifikacyjne.

Dwie godziny badań. Dziesiątki urządzeń. Dowiedziałam się, że mam źle dobrane szkła. Przeszacowane. Że mam mały astygmatyzm. Że mam bliznę na oku. Zniszczone oczy przez lata noszenia soczewek. Zakraplanie oczu. Jedno, drugie, trzecie, następne, następne, następne, następne. Oczy po badaniach po wyjściu widziały jedynie zarysy budynków i ulice. Ale kwalifikację dostałam! Na zabieg Lentivu. Ten mniej inwazyjny, ten droższy, ten, po którym proces leczenia przebiega szybciej.

Umówiłam się.
Przybyłam wczoraj do kliniki, gdzie ponownie miałam badanie grubości rogówki. I znowu u optometrystki. I u lekarki. 
Zrobiłam jeden błąd. Bardzo dokładnie przeczytałam zgodę na zabieg operacyjny na zabieg mikrosoczewkowej korekcji wzroku.
I gdy przeczytałam o ekstremalnie rzadkich przypadkach niepowodzeń powodujacych trwałe uszkodzenie wzroku lub zagrażające życiu, mój spokój trafił szlag. 
A że czekanie nasilało się, a w klinice (prywatnej, rzecz jasna) jak zawsze było morze ludzi, tak panika narastała.
Strach, ogromny narastający strach.

W końcu ubranko. Czapeczka, buciki, płachta do ubrania.
I w końcu w pokoju (przedzabiegowym?).
Ketonal do połknięcia.
Krople przeciwbólowe do oka.
Sprawdzenie ciśnienia - 120/80. Ile?! Tak wysoko?! Szok!
Kazali odłożyć okulary (tydzień przed zabiegniem NIE WOLNO nosić miękkich soczewek kontaktowych). Jak to?! Bez okularów nic nie widzę. Jak je później znajdę?!
Mycie rąk antybakteryjnym środkiem.

Usiąść.
Czekać.
Stres narasta.
Dwie osoby wraz ze mną czekają. Potem jeszcze jedna.
Znowu krople.
Teraz ja.
Idziemy.
Dobrze, że pani ma niebieski fartuch - widzę ją.

Łóżko.
Z zagłębieniem na głowę.
Położyć prosto głowę.
Źle i źle i źle.
Nosz ku**** to niech sami ją ułożą.
Zagłówek pod kolana.
Nie tak, nie tak, nie tak głowa. Nie ruszać głową. Kur... co oni do mnie mówią?

Jak łóżkiem odjechaliśmy natychmiastowo przypomniała mi się cesarka. Jak pędzili ze mną przez korytarz po nieskutecznym porodzie naturalnym. I nawet pamiętam, gdzie skurcze wtedy miałam.
Odechciało mi się. Nadal miałam ochotę uciec.

Mówią do mnie, że to nie boli.
Nie bólu się bałam, bałam się grzebania w oczach!
Tego, że przestanę widzieć. Że będę tym ekstremalnie rzadkim przypadkiem.

Do samego końca chciałam uciec.
Nakazy, zakazy.
Jakieś manewry na jednym oku.
Jakieś manewry na drugim oku.
W czasie cesarki widziałam co robią, bo obraz odbijał się ze szkiełek w światłach na suficie.
Tu na szczęście byłam ślepa i nad głową miałam Bóg wie co.
Wjeżdżająca tuba (?) nad głowę.
Zakaz drgania.
Zakaz ruszania głową.
Zakaz ruszania oczami.
Nakaz ruszania oczami.
Nakaz patrzenia na zielone światło.
Zakaz ruszania się.
Krzyki pani doktor, że ruszam głową.
Jej siłą przytrzymywana głowa.
Hasła padające z maszyny (?) po angielsku.
Nakaz podążania za białym światłem.
Rękoma kurczowo trzymałam się łóżka.
Kolana nerwowo podskakiwały mi.
Drugie oko.
Znowu światło zielone. Podążanie za światłem białym.
Kroplenie.
Hasło, że moje oko bardzo krwawi.
Tak, tej informacji naprawdę potrzebowałam.

Koniec.
Ściąganie tego czegoś.
Nakaz wstania.
Przejście pod jakieś urządzenie.
Pani doktor chwyciła mnie mocno za ramiona i ze współczucia i po ludzku usiłowała uspokoić.
"Już koniec. Już się skończyło. Będzie dobrze. Proszę się uspokoić."
Emocje. Z oczu popłynęły łzy.

Zaprowadziła mnie do tego pokoju przed. Nakazała zorganizować koc i mnie przykryć, bo cała drżałam.
Jak po cesarce.
Podejrzewam i wiem, że byłam największym mięczakiem tego dnia. Albo i dłuższego czasu. Bo mieli problem ze znalezieniem koca.
Ale po paru minutach znalazł się. Zostałam przykryta.
Posiedziałam sobie trochę.
Powoli stres mijał. Dreszcze ustępowały.

Podpisywanie dokumentów.
Wypis z leczenia szpitalnego.
Jakieś hasła tonus, kerotometria, pachymetria. I inne nie wiadomo co.

Syn Starszy już na mnie czekał. Po krople do apteki i do domu.

Syn Młodszy został odwieziony na kilka dni do swojej trzeciej babci. Mojej byłej teściowej, która uwielbia go i uważa za wnuczka.

Widzenie po zabiegu jest jak za mgłą. Z godziny na godzinę poprawia się.

Otwieram oczy i widzę.
Widzę idealnie telewizję.
Widzę wszystko w druku.
Widzę idealnie miasto z okna.

Po prostu otwieram oczy i widzę.
Jest to prawdziwym szokiem.
Ostatni raz tak dobrze widziałam ... 30 lat temu.

Krople. Jedne, drugie i trzecie.
Zalecenia - niewielkie.

W pierwszej nocy spanie z osłonkami na oczach (nie wolno trzeć oczu, a to trudne).

Cena za tę przyjemność widzenia z ową promocją - bez złotówki 7 tysięcy. Plus cena za badania kwalifikacyjne. I za lekarstwa.
Cena regularna w pozostałym czasie za badanie Lentivu to 9.600 zł.

Dziś pierwsze badanie po.
Jakie było moje zdziwienie, jak dowiedziałam się, że mam założone na oczy ochronne soczewki kontaktowe po zabiegu. Kiedy mi to założyli?! Kiedy?!
Personel ożywił się na mój widok. No.... zrobiłam wczoraj popelinę.....

Opowieść dobiega końca.

Pierwszy  krok w moich zamierzeniach poczyniony. Jeszcze trzy następne kroki.

2 komentarze:

  1. Przystanek Nowy Tomyśl, Międzyrzecz, Trzemeszno (Lubuskie)! Toż to stacyjki mojego dzieciństwa;)

    OdpowiedzUsuń