2012 rok
Miejscowość M. (ach, pamiętam nadal jej nazwę).
"Idziemy" z A. do centrum rehabilitacji.
Jest dzień po. Obudziłam się niesprawna, uszkodzona, z siniakami, guzami, otarciami, przypaleniem, ze spuchniętą nogą i bez pamięci. Ku powszechnej radości wokół.
Jest dzień po. Obudziłam się niesprawna, uszkodzona, z siniakami, guzami, otarciami, przypaleniem, ze spuchniętą nogą i bez pamięci. Ku powszechnej radości wokół.
Parę godzin później.
Idziemy po durnej ułożonej kostce brukowej (co za debile do centrum rehabilitacji robią kostkę, na której nie można postawić stopy ...).
Idziemy to słowo na wyrost.
Idziemy to słowo na wyrost.
Koleżanka z uszkodzonym wcześniej kolanem, ja jeszcze nie wiedziałam z czym.
Ale starałam się iść. Jedna noga do przodu odpowiednio ustawiona - druga dołączała. I następny krok. Zgięta, pędziłam jak żółw.
Minęłyśmy ludzi, zapytali dlaczego nie jedziesz na wózku
inwalidzkim? :P
Centrum rehabilitacji, kostka, schody doszłam, uff.
Ponad pół tysiąca km od domu, bez legitymacji ubezpieczeniowej, na wyjeździe, bez RMUA, z brakami w portfelu.
Poczekalnia.
Usiadłam. Wyprostowałam głowę i przywaliłam w skrzynkę jakąś, która była zawieszona na ścianie nad ławką (obiekt genialny bubel architektoniczny - prawdziwie przystosowany do rehabilitacji).
Zabolało. Sprawdzam, a tam również guzy - o tym nie wiedziałam (że twarz miałam uszkodzoną, wiedziałam od momentu, kiedy rano w lustro rano spojrzałam.
Więc siedzę tam.
Nie chodzę.
Stopa uszkodzona.
Spuchnięta.
Pielęgniarka robi mi krioterapię.
Daje namiar do bieszczadzkiego Znachora
od nastawiania kości (Znachor to inna historia ... prawdziwy Znachor w rozpadającej się chałupie bez podłogi, za to z glinianym klepiskiem, chałupa bez bieżącej wody itd. itp. który w prymitywnych warunkach naciągał mi paluchy).
Piguła patrzy na mnie i pyta:
- oooo twarz też ma Pani uszkodzoną, a co to była za impreza???
- komunia :DDDDDDDDDDDDDDDDDDDD
Radość pracowników centrum - bezcenna. Centrum po prostu rechotało ze śmiechu. :DDD
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz