Szedł dziś gościu ulicą. Ledwo szedł. Trochę starszy ode mnie. Rodem z programów amerykańskich o odchudzaniu. Dosłownie płynęło mu wszystko i wszędzie. Spływał tłuszcz. Pod pachą taśtał coca - colę. Przystanął, postawił torbę na schodach na odchodach gołębi i popił sobie. Miałam ochotę podejść i mu to wyrwać i wyrzucić. Jak można samemu tak krzywdzić się? Jeszcze do 80 kg nadwagi dowalać kolejny cukier? Na własne życzenie?!
Ostatnio maszerowały nastolatki. Jedna zajadała lody. Wyglądała okrutnie, gigantyczna i ogromny wiszący brzuch podskakujący na stopniach schodów. I kolejny cukier, by wyglądać jeszcze gorzej. Co tam cukrzyca, otyłość, zawał, problemy z krążeniem. Ważne by się nażreć (przepraszam, ale nie umiem tego inaczej nazwać).
Idę.
Słyszę wołanie: Vanessa. Wiem, o gustach nie rozmawia się. Ale do jasnej anielki, jak można krzywdzić tak własne dzieci? Nie od dziś wiadomo, że najczęściej takie imiona nadawane są w nizinach społecznych, kiedy rodzice kosztem dzieci chcieliby wybić się ze swojej warstwy społecznej.
Owe Vanessy kojarzy mi się z Isaurami, które jako bobasy miały nieszczęście rodzić się w czasie projekcji tasiemca o niewolnicy. Owa nieszczęsna zezowata z lekka Isaura stała się inspiracją dla niektórych rodziców ... Vanessa Nowakowska. Czyż to nie brzmi naprawdę wspaniale?