Tradycyjnie z Balneum - pomimo tego, że ma 3 lata skóra nadal sucha. Nic nowego. Balneum dodaję.
Luby wrócił z pracy.
Poszedł wykąpać się.
Poślizgnął się, zaliczył piruet w brodziku, mało urwał drzwiczki, pierdyknął girą i w końcu chwycił się kranu i odzyskał równowagę.
Na skórze mu pozostał piękny ślad.
Wczoraj wieczór.
Luby zmęczony biega zdenerwowany szukając kluczyków do auta.
W końcu pytam po co się stresuje, przecież to nie on przyjechał autem do domu.
- to dlaczego dopiero teraz mi mówisz?!
Imprezy w toku. Matka Polka dzielnie powraca do domu. Obładowana jak wielbłąd dwugarbny. Ewentualnie jak jeleń. Płci żeńskiej. Wczoraj Maclaren tracił równowagę, zawieszone siaty wrzynały się w ręce, zjeżdżały pod koła. Dziecko oczywiście sfrustrowane jęczące i piszczące czyli standardowo po żłobku robimy zakupy. I potem kilka km do domu. Na pieszo. Kupiłam również lody we wafelku. Zważywszy na brak wolnej ręki i wywalający się wózek jak również zwiewające dziecko był to średni pomysł. Młody loda (wstępnie) nie chciał nawet wziąć. Wózek zaczął tracić równowagę, z lodziarni wypadła kobieta i facet by mi pomóc. Lecz ludzi dobrej woli jest więcej i mocno wierzę w to,że ten świat.... (prawda?). Tak, brakowało mi tylko powiesić sobie na szyję sznur. Z papieru toaletowego.
Kupiłam w tygodniu jajka na wypieki. 20 sztuk. Wczoraj, tj. w czwartek po jajkach nie było śladu.
Wiem, jakie produkty mam w szafce. Przygotowuję danie. Otwieram szafkę. Po co miałby być tam pęczak, który kupiłam. Przecież najlepiej coś zużyć i co tam, że jestem potem sama w domu z dzieckiem i za ch*a w pięć minut nie wyjdę już do sklepu z dzieckiem, a tym bardziej o godz. 21. I teraz będę jak du*a siedzieć i czekać parę godzin, aż ktoś łaskawie wróci, przyniesie i będę mogła coś zrobić. Po co iść spać, jak trzeba koczować...... wrrrr
Wczoraj chciałam zrobić szpinak. W tygodniu kupowałam czosnek. Ani śladu po nim.
Dziś. Starszy pojechał autem po dwa produkty. Do babci. 8 km w jedną stronę. W sklepie (historia poniżej) nie znalazłam, zresztą nerwy skończyły mi się. Tu nie było, kierunek babcia. Pytam syna, czy wie, co ma przywieźć. Wiedział, Przywiózł jeden produkt ... i zrobił wielkie oczy, że coś jeszcze chciałam.
Dziś zakupy cd. Na jutrzejszy dzień. Sklep Auchan bo duży wybór. Milion towarów. Super jednak, jak się wie, gdzie co jest. Jak się nie wie, jak ja, i jest się frustratem to dobrze się to nie kończy.
Nie mogę brać dużego wózka, bo pcham Maclarena. Z wózka Młody zwiewa. Przyczepiony wyrywa się i niemożliwie krzyczy.
No to chodzi samopas.
Apogeum osiągnął dziś wśród warzyw i owoców.
Miałam tam co szukać, więc trwało to i trwało.
Przynosił mi do koszyka towary. Każdy po 1 sztuce.
Pomidor, cukinia. Jabłko.
Jedna pomarańcza. Co chwila prosiłam o odniesienie.
Pomarańcza potem fruwała. Dosłownie. A mnie trafiło.
Uparł się, że kokosa weźmie. Ledwo go niósł.
Obracam się, a ten rozwinął na kilkanaście metrów niczym dywan z reklamówek.
Patrzę, obsada zza lady wpatruje się w Młodego.
Zbieram siatki do śmieci, bo do niczego się już nie nadają, Młodzian zawisł przy ladzie na rurze.
Autentyko się na tym kolebał. Z zachowaniem równowagi.
Strzałka.
Zwiał.
Patrzę - kolejna rolka reklamówki wtaczają się. Tym razem pod ladę pod nogi obserwujących.
Obsada traci cierpliwość.
Szukam dalej towarów (każdy musiałam ważyć - samoobsługa) patrzę i nie wierzę.
Cały worek ziemniaków niesie!
Nie wiem ile ich tam było, 5 czy 10 kg.
Personel usiłował mu je wyrwać.
Wchodzi przy jakiejś knajpce na te wysokie krzesła.
Zaraz przy szybach zaczął w szybę uderzać.
Tylko patrzeć by zbiła się.
Jak mu w tyłek nie trzepłam (inni też chyba mieli ochotę).
I w nosie mam bezstresowe wychowanie.
Nietrudno być spokojnym rodzicem jak się ma spokojne dziecko.
Starszy taki był.
Jedna scena w sklepie w życiu.
Ucieczki tylko raz na koncercie.
A drugie nadrabia za dwóch.
I w nosie mam gromy, że to nie sposób wychowawczy.
Nie będę czekać aż dziecko rozwali pół sklepu.
Nic sobie z tego nie zrobił.
Zwiał. Ale już bez demolki.
Zaraz już był za bramkami, poza sklepem. Stracił rozeznanie, gdzie jestem. Wrzask. Biegnę po delikwenta, krzyczę, by nie oddalał się.
Cholera mnie trafiła.
Na siłę do wózka przypięty został pasami.
Wrzeszczał głośniej niż pani mówiąca obok nas przez mikrofon (zachęcała do spożycia rybki)!!!
Wszystkiego nie kupiłam, a zakupy takie ciężkie, że ani ruszyć.
Starszy Syn po nas przyjechał.
Inaczej naprawdę padłabym na nos
Mam dosyć.
Dopisek wieczorny.
Luby przywiózł mi pęczak o 22.00.
Starszy przywiózł mi pęczak o 23.35 i poszedł sobie gdzieś dalej.
Dobranoc
innymi czasy
matka Polka
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz