czwartek, 25 czerwca 2015

czwartek to mały piątek, prawda?

Centa handlowe z Młodym to koszmar nocy letniej.
Rozumiem, że tam jest super - tyle nowych miejsc, wyzwań, możliwości ucieczki (co ostatnio kocha).
Ale próba znalezienia odzieży przy nim jest bardzo trudna.


Bo trudno wybierać i kupować, gdy pacjent we wózku wyje, usiłuje z szelek oswobodzić się, zrzuca co sięgnie, albo tak piszczy, że bębenki pękają.
Na chwile idzie go uspokoić. Wafelki od loda dają 15-20 minut czasu.

Ale co jakiś czas trzeba wypuścić. A wtedy - i tyle go widzieli.

Spojrzałam na coś -  oglądam się - nie ma go! Dwie sekundy nieuwagi.

Ludzi ... tyle i jeszcze trochę,  a tu dziesiątki sklepów, zakamarków, schody ruchome, no nie ma skurczybyka.
Patrzę w końcu - jest!!
Na wystawie w księgarni! A pani w księgarni z mordem w oczach.

Jak i inna z mordem w oczach w sklepie Społem - zwiał u niej za ladę z alkoholem. Na górnych tonach jechała. aaaaaaaaa wychodź stamtąd!!!
Poza tym w jednym ze sklepów odzieżowych wbił się zębami w jakąś wiszącą bluzkę i puścić nie chciał. Nosz kurde, nie szło jej z buzi wyciągnąć. Jak wyciągnęłam, tak szybko zwiałam stamtąd. Poruta na całego.

<Chociaż i tak najfajniejsza była kiedyś pani z mięsnego, jak zapowietrzyła się. Szczerze, to nie wiedziałam, o co jej chodzi. A Młody paluszki na szybie zostawiał. Jak on śmiał!
o_O.>

Poza tym gdy był w wózku cały czas buty ściągał, po czym skarpetki fruwały. I buch je w ciuchy. I te szkity gołe jechały, bo nie dał sobie ubrać. Jakaś amba żłobkowa, ponoć dzieci maja fazę kontra buty i kontra skarpetki.

W ostatnim sklepie sukces! Panie ekspedientki wpadły młodemu w oko. Nazgarniałam bluzek, zostawiłam go z nimi i do kabiny. A ten obie kokietował na przemian. Zero krzyków, protestów na wózek.

Prawdziwy facet. Zakupy? Po co, jak ma się całą szafę ciuchów?

Ano właśnie ....

Praca. Wczesny poranek. Włączyłam przycisk, czekam na windę. Podchodzi pan X.
- i co, jedziemy? - pyta się 
- nie, tak sobie tu stoję
Bezcenna głupia mina. Odpowiedzi nie znalazł. A ja z niego troszkę pośmiałam się.

W tygodniu miałam propozycję randki. Podszedł do mnie jakiś gościu i na kawę chciał wyrwać. Normalnie padłam. Hahaha moja mina zaiste musiała być bezcenna. Rzekłam mu, że jestem zajęta. Normalny to on z pewnością -+nie był. I pewnie miał wadę wzroku. :P

Starszy jest na diecie. Swojej własnej, mierzy, oblicza. Kult spożycia białka trwa. Budowa masy, zamiana tkanki na tkankę innego typu. Amba, prawdziwa amba!Sam gotuje, dzieli sobie w pudełka. Kosmos i Meksyk. Ciekawe jak długo wytrzyma.

 Postęp trwa. We wtorek wróciłam z młodym do domu o 22. Wczoraj wróciliśmy o 21. Dziś to była 19! Jutro jest nadzieja!

Wczorajsza kawa imieninowa. I na końcu muszę Brata załamać.
Pokazuję teściowej zdjęcia Nowego Człowieka. Imię nijak nie chce przyswoić się.
Teściówka dumnie: A ja wiem, jak ma na imię. Wiem! ... Zapomniałam. 
 :D  Brecht. Mój brecht.
Brat, niestety musisz się liczyć z podobną reakcją. Oryginalność ma swoją cenę.

Idę spać. Dobranoc.

Dopisek podwieczorny.
Poszłam do łazienki. Pudełka na soczewki kontaktowe ani widu, ani słychu. Spanie opóźnia się. Szukam ja, szuka Luby. W końcu znalazłam jakieś stare. Uff.
A tamte pudełko znalazłam później.Tita wrzucił za szczotkę do WC. A co!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz