Jako zdechlak i churchlak poszłam kibicować. Gruźlik z suchotami.
I bawiłam się wyśmienicie.
Głos zachrypnięty, bo choróbsko trzyma od tygodnia i puścić nie chce, a lekarz mnie jeszcze nie widział, ale co tam.
Zresztą w domostwie szpital na peryferiach i zdrowy jest tylko kot.
Tak czy owak bawiłam się wyśmienicie. Kilka godzin okrzyków i braw.
Dawno temu tu na blogu napisałam o marzeniu pobiegnięcia w półmaratonie.
W tym roku przebiegłam cztery.
Może i kiedyś będę mieć tyle siły, by wystartować w maratonie? Od czego są marzenia?
Biegam.
Póki żyję.
Póki nogi mnie niosą, a kolana żyją.
Póki nie dopadła mnie poważna choroba.
Póki nie dopadł mnie zawał, wylew, nowotwór.
Póki nie potrącił mnie samochód i cegła nie spadła mi na łeb.
Póki trwa życie polecę przed siebie.
A tak było ostatnio w Swarzędzu.
Organizacja fantastyczna. Marzenie, by każdy bieg był tak profesjonalnie zorganizowany. Tabliczki - rewelacja.
Koniec września. Tzw. życiówka. Pobiłam swój wynik o prawie 5 minut. Sama byłam zdziwiona.

















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz