czwartek, 13 października 2016

Wpis w pamiętniku.

Coś o chorobach należałoby napisać.
Już dawno nic się u nas zdrowotnie nie działo.
Poza wielomiesięczną akcją z AZS i próbą doprowadzenia skóry Malca do stanu bez zadrapań, ran, blizn i uszkodzonej skóry. Dziś jest dobrze, ale o tym kiedy indziej.

Ale ad rem.
 
We wrześniu Tita coś tam czasami kaszlał i poszłam z nim do lekarza.
Osłuchowo czysty, gardło czyste.
No to wróciliśmy.
Do tego katarzysko z nosa leciało.
Nadal chodził do przedszkola.
Potem ja poczułam się gorzej, ale nie mogłam z pracy czmychnąć bo mieliśmy okrojony stan osobowy i kontrolę na karku.
I tak się pogłębiało i pogłębiało i pogłębiało, aż w końcu cholera mnie trafiła.
W weekend pogorszyło się Młodemu. Ponad 40 stopni temperatury i jak mi zwymiotował dwukrotnie to wystraszyłam się.
Lubego zaczęło zwijać również.
Starszy kaszlał.

Jak nigdy hurtowo poszliśmy do lekarza.
Tita wirusowe. Lekko czerwone gardło, nic więcej. Zostawiliśmy go w domu w tym tygodniu.
Luby wirusowe. Jakieś lekarstwa dostał.
U mnie oskrzela. Pani doktor zapytała się, czy palę papierosy.
Ja!!!!!
Wróg ćmików i tego smrodu.
Kaszel mam zacny, ale czuję się już lepiej.

Luby u lekarza:
- chce pan zwolnienie??
- nie chcę
- jak to nie chce pan odpocząć?
- już jestem na opiece 

kulamy się więc, Starszy jak nigdy nie pomknął do lekarza 
 :)))

Zdrowy jest kot.

Oby tak dalej.

A poza tym objadłam się jak owe prosię. Zrobiłam parówki w cieście francuskim ze serem i prawie wszystkie zjadłam. Dostałam ciążowy brzuch. Znaczy spożywczy. :D

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz