Czas.
Przecieka przez palce.
Weekendy.
Tyle planów.
Nic z tego nie wychodzi.
Książka leży.
Nieprzeczytane wydrukowane artykuły z gazety prawne leżą.
Nieprzeczytane Angory z dwóch tygodni.
Notatki, które miałam zrobić.
Tematy, które miałam zrealizować.
Jak nie sensacje jelitowe, to łamanie w kościach.
Weekendy zamiast wypoczynku po tygodniu "biegania" (praca-dom-dzieci) stają się jakąś farsą.
Czasem, gdzie los tylko czyha, by mnie dobić.
I w tym Młody.
Spragniony nauki, zabawy, uwagi.
Chętny na każdą zabawę, każdą naukę.
I ja, nie mogąca powstać z łóżka.
I Starszy, który chciałby, aby jego koncepcja dni, tygodni i miesięcy była najważniejsza.
A jutro nowy tydzień.
I znowu po czterech.
Z nosem zarytym w ziemi.
:/
Wracam do mojej pracy. Niedziela wieczór.
Koleżanko co się z Tobą dzieje?słabniesz z dnia na dzień...to chyba nie Ty
OdpowiedzUsuńLipa, lipa na całego.
Usuń