Zastanawiałam się, kiedy dopadnie nas pierwsza choroba żłobkowa.
Szczerze, to aż tak szybko się jej nie spodziewałam. Dawałam sobie jeszcze tydzień, dwa czasu.
Ale pogoda była zdradziecka. Wiatr, czasami chłód, różnica temperatury pomiędzy porankiem i popołudniem znaczna i do tego niekiedy padał deszcz. Ale i tak dzieci codziennie wychodziły na plac zabaw.
Lekko i po parę razy kaszlnął. Nic więcej.
To nie był ten kaszel co kiedyś, który przerażał mnie. Ot, takie prawie nic.
To nie był ten kaszel co kiedyś, który przerażał mnie. Ot, takie prawie nic.
W czwartek pojechaliśmy razem na zebranie do Technikum do Starszego.
Młody dawał do wiwatu. Hałasował zabawkami, krzyczał, zrzucał auto na crash test ze stołu, walił nim w ławkę. Kulał się pod ławkami z Peppą i jej mamą oraz ludzikiem. Ogólnie przeszkadzał, uspokoić się go nie dało. Rodzice obracali się i patrzyli. Ale Młody uwielbia widownię, jak ktoś interesuje się nim to daje jeszcze bardziej do wiwatu. Były piski, przesuwanie ławki. Ogólnie wstyd.
Wróciliśmy do domu zgarniając Starszego, który kończył lekcje.
(Tak wygląda automat w szkole hehe).
Woda, sok, batony bez czekolady!
I DOBRZE!!!!
BARDZO DOBRZE!!
BARDZO DOBRZE!!
Luby wrócił z pracy i mówię, że Młody czasami kaszlał i że poobserwujemy go przez weekend (był czwartek).
A tu w nocy zaczął kaszleć bardziej i lekko ciepły się zrobił.
Dla spokoju powiedziałam rano, by poszli do lekarki na osłuchanie. I poszłam do pracy.
Poszli.
Lekarka osłuchała ... i dała skierowanie do szpitala.
Jak to usłyszałam nogi ugięły mi się.
Jestem mamą od prawie 18 lat i jeszcze nie zdarzyło się, bym u pediatry czy lekarza dostała dla dziecka skierowanie do szpitala.
Luby pomknął z nim i zdawał mi relacje.
Pobrali krew, gdzieś tam podłączyli, zrobili prześwietlenie płuc, badania.
Jak usłyszałam o jakiś inhalacjach to moje dalsze siedzenie w pracy było bez sensu, bo i tak nie nadawałam się do niczego.
Zwolniłam się i pojechałam do szpitala.
Wizja, że Młody tam zostaje i spędzamy tam weekend, w tym ja śpię na podłodze lub krześle była dla mnie przerażająca.
Wizja, że Młodego nie da zatrzymać się przy łóżku i który demoluje oddział a ja za nim biegam była podobnie przerażająca.
Wizja lekarzy i pielęgniarek komentujących karmienie Młodego piersią (tych, co uczyli się o kp 30 lat temu, a wiedzę mają lekko archaiczną) była podobnie dołująca.
Wizja, że Młodego nie da zatrzymać się przy łóżku i który demoluje oddział a ja za nim biegam była podobnie przerażająca.
Wizja lekarzy i pielęgniarek komentujących karmienie Młodego piersią (tych, co uczyli się o kp 30 lat temu, a wiedzę mają lekko archaiczną) była podobnie dołująca.
Szpital tak - ale ja jako odwiedzający.
A nie z dzieckiem tam.
Jak okazało się, że idziemy do domu to zaczęłam z powrotem żyć.
Kupiłam inhalator.
Starszy jak zobaczył urządzenie to wmurowało go.
Podobnie jak mnie.
Dla kogo, co to, po co.
Nie wierzył.
Dziecko nie chodzi do placówki, dziecko zdrowe.
Dziecko chodzi do placówki, dziecko wcześniej czy później chore.
Jak mi to powiedział wczoraj Starszy - Młody i tak nie choruje tak jak inne dzieci, niektóre często są w szpitalu....
Hmm żłobek ma jakąś magię w sobie ... chorób.
Plus tego jest.
W końcu Tita miał różne badania, bo krew ostatni raz miał pewnie badaną po urodzeniu (albo nie?).
A tak mam:
Odżywienie - dobre (haha cokolwiek to znaczy)
Węzły chłonne - niepowiększone
Mięśnie i układ kostno - stawowy - bez odchyleń od stanu prawidłowego
Klatka piersiowa - symetryczna
Płuca - liczne furczenia nad palami płucnymi, wysiłek oddechowy
Serce - praca serca miarowa, tony czyste
Brzuch - miękki, niebolesny i dalsze opisy kończyn stanu neurologicznego i gardła ok
I insze badania.
Jery, jak dobrze być w domu.
No i diagnoza: nieokreślone ostre zapalenie oskrzeli.
Po raz drugi w życiu. Ale wtedy nie było ostre. Ani nie było antybiotyku. Ale jak mus, to mus. Przyjmuję to na klatę. Wszystko byle w domu.
I tym bardziej zamierzam dalej karmić piersią, by wygonić widmo alergii, bo wygląda na to, że to przez nią przechodzimy choroby. Zalecenia przy karmieniu piersią w stosunku do dzieci alergików to trzy lata karmienia. Zobaczymy co z tego wyjdzie. Przy karmieniu muszą być wszak dwie strony chętne. A to może zmienić się w każdym momencie.
I wisienka na torcie.
Ten sam szpital.
Ta sama Izba przyjęć.
Byłam tam kiedyś. :P
Ze Starszym.
Gimnazjum.
Dostałam ze szkoły telefon, że syn źle się czuje, że zawołali karetkę. Pobiegłam do szkoły i razem erką jechaliśmy. Na sygnale chyba.
Sanitariusze z lekka chichotali.
Lekarz też miał ubaw.
To był tylko teatr.
Bo zapowiedziałam wcześniej Starszemu, że jak dostanie jedynkę to popamięta.
Zadania z polskiego nie miał i jak pani zabrała się za sprawdzanie to odstawił cyrk.
Komediant.
Długo w szpitalu wtedy nie zabawiliśmy.
Lekarz z uśmiechem stwierdził, że nic mu nie jest.
Kurtyna.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz