sobota, 27 czerwca 2015

codzienność

Troszkę fotek.



Owieczka na głowie. :)))

Do domu wjechał nowy ważny nabytek. Łóżeczko!!!!:) Młody zasypia w nim, śpi w nim  Ale jak w nocy nie podejdę na płacz to maszeruje do nas. :))


Pod żłobkiem. Komórka nie dała rady.Było przepięknie i kolorowo.
 Było takie wąchanie róż, że płatki spadły.

Droga ze żłobka i spotkanie z gołębiem.

Muszę kupić Ticie kaloszki. Kałuże inspirują go i zachęcają. Na Jeżyckim z błogością taplał nogą w brei i trafiał też w przechodniów.  Ku ich średniej radości.
W piątek jak wracaliśmy do domu ze żłobka najpierw przykolegował się do mojego fast fooda i wcinał z niego cebulę, modrą kapustę i całą resztę - wraz ze sosem czosnkowym.

Byłam tak głodna, że musiałam sobie kupić, ale nie wiedziałam, że będę musiała się dzielić.

A niedługo potem obracam się, bo szedł jak ślimak - a ja jak struś pędziwiatr (bo oczywiście w wózku jedzie chwilę, a wypuszczony robi krok do przodu, 10 kroków w bok, a do domu z 4 km) i patrzę ... a ten stoi po kostki z w kałuży. Z radochą na buzi. Kurde jego mać.

Kiedyś ze Starszym gdy miał z półtora roku zaliczyliśmy przygodę. Idziemy, syn za mną. Obracam się, a ten leży brzuchem w jedynej kałuży, która była w zasięgu wzroku. Był to okres jesienny i ciepło nie było. Wtedy delikwenta chwyciłam za ubranie i pognałam z nim do domu.
Wczoraj Ticie ściągnęłam buty, wrzeszczącego i wyginającego się przypięłam do wózka i strzałka do domu. Spodnie do pasa mokre i utaplane w mazi.

Dziś biegałam w deszczu.... Wyszliśmy w trójkę. Miała być inauguracja Młodego na foteliku rowerowym i lipa. Rozpadało się zacnie, Luby z młodzianem popędzili na rowerze do domu, jak dojechali tak byli cali mokrzy. Majtki też. :))
Ja biegałam dalej. W końcu w planach miałam cztery okrążenia jeziora. Konsekwencja i dyscyplina przede wszystkim :P
W chwilę byłam cała mokra. Dobiegłam do najbliższego śmietnika, wyciągnęłam z niego jakąś reklamówkę, owinęłam w nią komórkę (Endomondo) i włożyłam w spodnie z nadzieją, że nie zamoknie tyle, by nie działać później. Po raz pierwszy byłam jedyną osobą, która w tym czasie biegała, bo standardowo o każdej porze na różnych ścieżkach jest nas wielu. Ale takich zdeterminowanych jak ja wtedy nie było.

Nawet spotkałam się chyba z podziwem, bo usłyszałam spod drzew "o jaaaaaaa" na mój widok. :PP
I najciekawsze, że biegałam ściskając w ręku butelkę wody mineralnej, a tu miss mokrego podkoszulka i woda lejąca się na głowę. I mejkap który spłynął w wersji zombi.

Jak dobiegłam do domu, Luby rzekł:
Mądrością jak zwykle nie grzeszysz. Jeszcze zapalenie płuc będziesz mieć.

Cóż, na dwoje babka wróżyła.

Czas pokaże. :PP

PS nic mi nie było

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz