W ostatnie wakacje tradycyjnie udaliśmy się na południe do rodzinki. A że trasa standardowo jest irytująca, długa, w korkach i przez miasta, tak tym razem postanowiłam pojechać "na skróty" inną trasą. Jechać bocznymi drogami ... Kilometrów miało być nawet ciut mniej. Oczywiście pomysł był do bani, bo okazało się, że zamiast 3,5 godziny trasy pokonanie jej zajmie nam ponad 4 godziny.
Wizyta więc w okolicznej leśnej toalecie pod gołym niebem okazała się niezbędna. Stanęłam byle gdzie, byle szybko i wskoczyłam w krzaki i wysoką trawę, tratując je. Niedaleko drogi, za plecami kolejna droga, nic mi nie przeszkadzało.
Wsiadłam z powrotem do auta, usiadłam z tyłu, bo Tita już miał dosyć podróży i skutecznie zaczynał dopominać się o wyswobodzenie z fotelika. Poczułam gilgotanie na nodze, myśląc, że to muszka, pacnęłam po gołej nodze w intruza. Ale po jakimś czasie znów poczułam gilgotanie. No to patrzę, a tam po nodze mojej podąża najspokojniej w świecie kleszcz. Bardzo mądrze wymyśliłam, że chwycę go przez coś i wywalę za okno. Okno otworzyłam, kleszcz jednak wpadł do środka auta i nie mogłam go odszukać. wrrr
Dojechaliśmy do X. Mój poszedł odkurzyć auto (wciągnąć kleszcza), a ja dostałam polecenie obejrzenia siebie, czy jestem wolna od tych stworów, ale miałam jakiś spokój. Trochę pogadałam z rodzicami Lubego i udałam się w końcu do łazienki.
Rozbieram się. Z majtek wprost na płytki wypadł ogromny, zielony pająk z tłustym odwłokiem. Patrzyłam nie wierząc. Przeżyłam zgrozę. Niespełna godzinę musiałam z nim jechać w majtkach! Co tam arachnofobia. W amoku przez ubranie wrzuciłam stwór do wanny zalewając go wrzątkiem. Ze zgrozą zdjęłam całe ubranie wrzucając wszystko bez wyjątku natychmiast do pralki. Ze zgrozą czekałam jak wróci Luby, by jako ginekolog amator mnie obejrzał, czy jakiejś jeszcze fauny nie przywiozłam na siebie. Albo czy nie zostałam ugryziona.
Ogólnie i na temat: nie polecam nikomu takich przeżyć. Na pewno już w takie krzaczory nigdy się już nie udam. brrr
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz