sobota, 15 listopada 2014

o ambach :))

:))


1) Uwielbiam.

Amba skądinąd niegroźna. Pewnie podświadoma reakcja na szarzyznę PRL-u. Część mojej kolekcji. Każdy inny. Uwielbiam ołówki. :))

2) Dłuuuugo, dłuuuugo piłam tylko mocną herbatę. Ciemną, angielską. Na myśl o owocowej, zielonej, szarej, burej i ponurej miałam cofkę. Stawała mi w poprzek gardła. Dlatego bardzo często woziłam ze sobą swoją herbatę. Nawet jak miałam narazić się na słowa, że jestem niekulturalna. Nie wypieram się. :P Teraz przełamałam się. Piję różne herbaty, chociaż nadal niektóre owocowe nie zawsze jestem w stanie przełknąć. :PP

3) Kocham kawę. Amba. Fobia. Mania. Na samą myśl ślinotok. Ale nie taką prawdziwą "po turecku" (która z prawdziwą nie ma nic wspólnego, bo jest zalaną breją hihi).
Ja kocham inne kawy. Te z spienionym mlekiem. Z dodatkiem syropów, lodów, brązowego cukru, kryształków ach. :P
Prawdziwa maszyna do robienia kawy jest strasznie droga. Te maszyny za 3 tysiące na kapsułki nie przemawiają do mnie. Bo podstawa składniki powinny być trzy: woda, kawa i mleko. To nie jest oferta dla mnie. Te prawdziwe maszyny to koszt średnio 6-8 tysięcy złotych. Ale aż tak walnięta nie jestem, by parę lat oszczędzać na takie urządzenie. :))  Ale że sporo kasy traciłam w różnych knajpach kupując ukochaną kawę, poszukałam innego wyjścia. Wyjścia awaryjnego.







<3
Ot taki mały wihajster i nic mi więcej do szczęścia nie potrzeba. Starszy też zasmakował w "kawce". Niaaaaaaaaam. <3


U nas halny wieje. Pranie nam porwie z balkonu. Zima zmierza dużymi krokami. Tita śpi, ja mam czas wolny. Yupi.








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz