wtorek, 30 listopada 2021

Post o chorobach. Pogrom.

W piątek dziecko nieoczekiwanie pomknęło do wc. Zwymiotowało raz, później drugi. Dołem też.

Nieświadomi  atrakcji (ja aczkolwiek niechętnie) zezwoliłam na udanie się do szkoły. Uparł się jak osioł, bo to wymiana Zingsów, najlepszy dzień w tygodniu, idzie i koniec.

Poszedł. 

Wrócił ok, wieczorem lekko apatyczny, w sobotę też taki średni.

Ale git.

Sobota. Pomknęłam tu i tam. Położyłam się spać. Toaleta moja. Do piątej rano co chwilę. Górą. Dołem. Nad ranem małżonek dostarczył mi apap, wyczerpana padłam i zasnęłam. Niedziela była leżąca. Bejt. Zjadłam pół banana, wypiłam szklankę rosołu, wypiłam kompot i zjadłam jabłka z niego. Aż tyle. Stwierdziłam, że pewnie ta woda butelkowana za długo stała i zaszkodziła mnie.


Wieczorem forum klasowe. Ktoś ostrzega, że dziecko miało rota. I nagle dyskusja rozwinęło się. Rota tu. Rota tam. Okazało się, że klasa poległa. Razem ze mną chyba na tamten moment był jeden rodzic.

Dzień później. Poniedziałek. W klasie obecnych aż ośmioro dzieci. Żadnej dziewczynki. Wychowawczyni też nieobecna. Karate w szkole z uwagi na troskę o zdrowie dzieci odwołane. Kolejny rodzic poległ.

 Wtorek. Dzieci już z 13. Kolejni rodzice polegli.

Dzisiaj kolejnego tylko lekko boli mnie w podbrzuszu, ale już żyję. W pracy cały czas w maseczce i unikając ludzi. Co za gów-no!

Masakra.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz