czwartek, 4 stycznia 2018

Relacja.

Niby nic.
Niby już to przeżywałam.
Że niby tylko w USC, ale pomimo to ...
Stres był.
Narastał.


Narastał już w domu.
Co innego ubiór ślubny latem, co innego zimą.

Ale w końcu sukienkę znalazłam.
Ale co dalej?
Jedyna sensowna kurtka kosztowała 500 zł.
I nawet ładna była.
Ale za to miała kaptur.
Nie nadawała się.

Ile nachodziłam się, aby cokolwiek nadawało się do narzucenia.
W końcu włochacz kudłacz znaleziony. Dwa dni przed.

Buty!
Poszukiwania uprzednio w Poznaniu.
Prawie wszystkie czarne.
Nieliczne we właściwym kolorze, ale same szpilki.
Chyba, bym orła wywinęła.
Jedyną parę, którą znalazłam za mała.
Cudnie.

W końcu po iluś dniach znalazłam.
Biorę.

Ubiór dla Młodszego.
Zakup koszmar.
Znosił mi swoje typy ubioru do kupna.
Za małe skarpetki, piżamki na 158 cm.
Gadżety z autami.
Wrzask i protest.

Ubiór dla Starszego.
Tak mi się roztył, że w sklepie się skończyła dla niego rozmiarówka.
Góra pasowała, dół żaden.
Sprzedawczyni puściła mu kazanie i wysłała nas do innego centrum handlowego.
Spodnie najmniejsze w sklepie XXL.
Koszule za duże.
Szukamy dalej.
Marynarka pożyczona w kolorze spodni.
W końcu ok.
...
Mamy to.
Buty.
Poprzednie posiadane nie nadawały się do użycia.
Młody hasał wykrzykując niecierpliwie hasła o zakupie choinki.
Przymiarka butów.
Kabanos na środku sklepu.
Którymi wszyscy posilaliśmy się, Młody też.
Mówię, by podniósł.
Chwila później.
Kabanos zniknął, ale Młody go nie zjadł.
Zamiast płacić stres.
Gdzie kabanos?
Młody, że na półce.
Otwieramy ze Starszym pudełka (które miały z boków magiczne dziurki, w sam raz, by tam wrzucić kabanosa).
 Kufa, nie ma.
Kobieta patrzy na mnie z podejrzeniem.
Trudno, wychodzimy.
Dopiero przy pralni odnaleźliśmy kabanosa w siatce.
Kamień z serca.
Wyobraziłam sobie klienta, który przychodzi kupować buty ze skóry do garnituru i po otwarciu pudełka widzi kiełbachę.

Jeszcze pięćdziesiąt drobiazgów i już.

I już ten dzień.
Szykujemy się.
Spojrzenie na zegarek.
Kurde! Późno jest!
Za późno!
Nie zdążymy.
Jeszcze mamy za mało aut, by przemieścić się, bo teść robi za kierowcę.
Przynajmniej my jedziemy.
Senne małe spokojne miasteczko.
Pierwszy raz w życiu widzę tam korek.
Ciśnienie mi wzrasta.
Widzę tylko zegarek.
Ale w tym wszystkim w radiu puszczają moją piosenkę.
List Bednarka.
Moja ulubiona.
Wiem, że to dobry znak

Wpadamy do urzędu.
Szczęśliwa, że chociaż my jesteśmy.
Luby studzi mój zapał, mówi, że nie ma świadkowej.
Zapytanie do dziewczyny Starszego, czy ma dowód.
Ma.
Wychodzi do nas kierownik USC.
Luby tymczasem się zapodział.
Nie ma rodziców.
Nie ma świadkowej.
Wziął chociaż kilka dowodów i poszedł.
Lubego nadal nie ma.
W końcu wpadają.
Prawie wszyscy.
Lubego Bratanica nie zdąży.
Otwierają się drzwi.
Szczęśliwi wchodzimy, zajmujemy wyznaczone nam miejsca.
Para Młoda i świadkowi na miejscu.
Kierownik USC pyta:
- gości nie macie?

Obracamy się, za nami NIKOGO.
Nie mogę.
Wybucham śmiechem.
Całą uroczystość suszę zęby.
W końcu wchodzą.
Prawie zaczynamy, nie - nie ma siostry Lubego.

W końcu rozpoczyna się.
Nietuzinkowo.
Niesztampowo.

Jest dobrze.

Wychodzimy.
Gromkie brawa od oczekujących na kolejną godzinę.

Można odetchnąć.
Teraz tylko jeść.
I pić.
I bawić się kolejnego dnia na Sylwestrze.
Domykamy rok.

Krok drugi za mną.
Szczęśliwa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz