Treści nie będzie wiele.
Rzecz będzie o Synu.
Starszym Synu.
Miesiące temu stresowałam się jego maturą.
Mówiłam.
Tłumaczyłam.
Krzyczałam.
I darłam się.
Dziecię twierdziło się, że uczy się.
A potem zaliczył potknięcie i wcale nie było pewne, czy uda mu się wyjść z opresji i czy w ogóle zostanie dopuszczony do matury. I czy zda klasę.
Pierwszy raz będąc w szkole na rozmowach z nauczycielami siedziałam i płakałam.
Z wściekłości na dziecko.
Bo nie można nie być wściekłym jak się wie, że dziecko jest od nas zdolniejsze i mądrzejsze, a wszystko zaprzepaszcza i ma w nosie.
Tak więc, gdy udało mu się powstać, już więcej stresu nie mógł mi zaserwować.
Było już mi wszystko jedno, czy zda, czy nie.
Żałuję, że nie ma teraz tych matur, jak za moich lat.
Gdzie bez wiedzy nie było świadectwa dojrzałości.
Gdzie nie było ustnych egzaminów, gdy nie zdało się pisemnych.
Dziecię ustne egzaminy zdało. Pisemne wyniki na koniec czerwca. Ale nadal wyniki są mi obojętne. Po tej dawce stresu to już naprawdę nie ma znaczenia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz