Rodzice moi urządzili sobie (i nam dzieciom) piekiełko w życiu.
Branża sprzyjała piciu.
Aby pić trzeba mieć zdrowie. I głowę.
Bez tych dwóch czynników prędzej czy później skończy się tragicznie.
Wracaliśmy w tym dniu z wakacji. Ojciec standardowo z nami nie jechał.
To był mój pierwszy wyjazd zagraniczny.
I tam kilka dni wcześniej miałam sen.
O ojcu.
Sen - alegoria.
Widziałam go.
Był w pokoju.
Nagle zniknął.
Była przerażająca cisza, która nigdy w mieście nie występuje. W mieście całą dobę trwa jakieś życie, gdzieś jeżdżą auta, pociągi, autobusy, tramwaje, słychać ludzi, rozmowy, zwierzęta.
Po sprawdzeniu pokoju wyszłam szukając go dalej na balkonie.
W tym momencie w tej ciszy przejechała karetka na przeraźliwym sygnale. Jedyny samochód na półkilometrowej drodze, nigdzie więcej żadnego znaku jakiegokolwiek życia nie było.
I nastała cisza.
Wróciliśmy 31 lipca do Polski.
I pierwsze co usłyszeliśmy wchodząc po klucze "co się stało, co się stało K. nie żyje".
W tym dniu co wracaliśmy zmarł. Już go wcześniej zabrali. Jak w śnie mieszkanie było puste.
Nawet nie dożył 39 urodzin.
Nie chorował.
Na mnie spadło czyszczenie mieszkania z krwi. Mama nie dała rady.
Gdyby nie umarł - za piekło w życiu, za niszczenie dzieciństwa, za awantury domowe i przemoc nie fizyczną, ale psychiczną sama bym go zabiła. Ja - piętnastolatka wówczas.
Na jego pogrzebie jedna łza mi nie spadła. Nie potrafiłam płakać.
Dopiero lata później nauczyłam się szczerze mówić o dzieciństwie. Mówić - jestem dorosłą córką alkoholika. I znać konsekwencje tych słów.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz