Tydzień temu zaliczyliśmy w końcu termy.
Było fajnie, ale chyba trochę przemarzliśmy.
Tita szał we wodzie, to jego żywioł.
Ale byłoby za dobrze.
Trochę później zaczął kaszleć. Niewiele. Rzadko. Ale jednak.
I nic więcej.
W czwartek i piątek i Luby i ja czuliśmy się już marnie.
Coś z gardłem.
Ale Starszemu nie powiedzieliśmy (bo też by zaraz twierdził, że jest chory ;p).
Aczkolwiek również kaszlał.
Wyciągnęłam swoją miksturę co robiłam we wrześniu czy październiku.
Sok z czarnego bzu.
Najpierw sprawdziłam na sobie, czy nie zrobiłam trucizny.
Jak dożyłam kolejny dnia i nawet lepiej poczułam się, Luby również dostał miksturę do picia.
Włączyłam czosnek i nic mi nie jest.
Luby też ok.
Za to Młody kaszlał coraz więcej. I nic więcej.
I musi zostać osłuchany, może jakieś choróbsko siedzi.
Ostatnia choroba - trzeci listopad - przy stałym chodzeniu do żłobka.
Jest dobrze, nabiera chłopak odporności.
Poza tym chwalę się - śnieg nie leży więc od niedzieli do niedzieli przebiegłam 50 km!
Jupi!
<cieszy się>
Dziś Walentynki.
Najpierw Luby robił obiad i mówi, że coś zapomniał kupić. Wyszedł.
Zaglądam do kuchni, wszystko jest, co być powinno.
Patrzę za chwilę, a tu kwiaty wjeżdżają. :)
Zapomniałam.
A później biegałam.
Koło Starego rozdawali serca - balony.
Połowę dzisiejszej trasy zaliczyłam pędząc z poniższym sercem.
Przez serce miasta po licznych trasach.
Byłam ciekawa reakcji ludzi.
I jednej doczekałam się:
co dziś bieg miłości?
:DDD
padłam
screen <3


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz