czwartek, 2 lipca 2015

o sobie samym dla potomności

Jestem nienormalna.

Cztery dni temu przywiozłam skarb.
Skarb ze wsi.
Sześć kilogramów czereśni. I jeszcze ileś w drugiej misce.
Sama zrywałam (w miniówce na drzewie też :P).

Tak patrzyli na mnie, po co mi tyle.
I co?
Okazało się za mało.
Jeden placek, kilka dni i czereśnie zjadłam.

Gdy zobaczyłam końcówkę, postanowiłam chociaż tą resztę zaprawić. Kompot zrobić.

Ale jak się zaprawia?
Google i czytam.
Pierwszy przepis zniechęca.
Mówi w skrócie, a potem jedno słowo, że pasteryzujemy. Żart?
Patrzę, co to jest ta pasteryzacja.

Nie, blondynka musi znaleźć prostszy przepis.
Czytam drugi.
W skupieniu idę do kuchni.
Wybieram słoje.
Są - jeden duży, dwa małe.
Owoce przygotowane.
Cukier zapamiętałam, ale woda?
Dajemy, czy nie?
Lejemy, czy przez gotowanie robi się sok?
Idę sprawdzić.
A, lejemy wodę.
W skupieniu i z językiem na wierzchu zakręcam słoik.
Zakręciłam drugi.
Patrzę - nie wlałam do niego wody.
!!!!!!
Do garnka zapomniałam włożyć materiał.
Słoiki nie wiem, czy dokręciłam i czy zaraz nie wyleje się.
Nie nadaję się na robienie zapraw.
Dramat w jednym akcie.
Beznadzieja.
Kretynka.
Kurtyna.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz