Tytułem wstępu.
Dziś jest 4 lata, jak Krzychna odebrał sobie życie.
Mój brat duchowy. Starszy ode mnie niż ja dziś o zaledwie rok.
Takiego dokonał wyboru. Żadne słowa ani czyny nie zmienią rzeczywistości.
Staram się z tym pogodzić, chociaż są momenty, kiedy mam do siebie pretensje o swoją krótkowzroczność.
Krzychna, dusza towarzystwa. Tylko u niego na jednej imprezie potrafił siedzieć 10-latek i 70-latek i każdy czuł się znakomicie. Ostatnia z osób, co do której bym powiedziała, że uczyni coś takiego ...
Dziś, 4 lata później 11 kwietnia urządzam drugą część swoich urodzin. Przełamuję wydarzenia sprzed 4 lat. Wiem, że Krzychna by się z tego cieszył z tej imprezy. Nie mieliśmy się smucić, mieliśmy żyć dalej. Mieliśmy być szczęśliwi. Myślę, że jeżeli ma możliwość spoglądania na nas z góry, to jest zadowolony z dokonanych przeze mnie i A. wyborów.
Zostało mi parę starych wpisów na fb. Specjalnie zostawionych.
Moje sprzed niespełna 5 lat:
nie chce mi się żyć............................................................
.......................................................................................
.......................................................................................
.......................................................................................
I odpowiedź Krzychny:
tej sis nie waryjuj bo jak tam wpadne to zoboczysz!!!!!
I parę miesięcy później cios w głowę. Z najmniej spodziewanej strony.
Staram się z pogodzić z tym. Czy uda mi się to, jak nadal mam łzy w oczach?
.....................
skopię Mu kiedyś tyłek .....
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz