Starsze dziecko powróciło z wyjazdu. Tym razem jego jazda i powrót nie stresował mnie - dużo mniej kilometrów miał do pokonania w porównaniu z ostatnim obozem.
Za to niemało stresu kosztował mnie jego pobyt na miejscu od czasu, jak zrelacjonował jak oglądał akcję zabrania helikopterem pechowca ze stoku. Wtedy już całkiem miałam dość, chociaż przed babciami grałam twardzielkę.
Za to niemało stresu kosztował mnie jego pobyt na miejscu od czasu, jak zrelacjonował jak oglądał akcję zabrania helikopterem pechowca ze stoku. Wtedy już całkiem miałam dość, chociaż przed babciami grałam twardzielkę.
A potem zaliczył kontuzję kolana i nawet trochę odetchnęłam, że nie roztrzaska się tam.
Autokar z młodzieżą przymknął. Co za pożegnania były ;)). Grupa lekko kontuzjowana, ale zadowolona.
Zadałam kontrolne pytanie, czy na pewno zabieramy jego walizkę (bo jakaś dziwna wydawała mi się), a że był środek nocy i z lekka ciemno więc widoczność ograniczona.
Tak, jego - rzekł mój syn. :P
Jego nie była. Dojechaliśmy do domu, otrzymał telefon i trzeba było wracać i wymienić się na właściwą torbę.
zwinęłam Jemu zdjęcie z insta ;)
Mój suvenir.
A potem powróciło stare. Dziecię obraziło się za remont w jego pokoju. Przypomina mi to jego stary tekst "Dlaczego wyprałaś bluzę bez konsultacji ze mną??!!" xD
A młodsze dziecię było łaskawe. Rozchorował się później. W sobotę udało się nam dojechać do zoo. Jest duże prawdopodobieństwo, że to przeze mnie jest chory. W końcu ostatni ząb mleczny przebił się i jak to przy piątkach ślini się jak niemowlę, w sobotę przesiąkło przez kurtkę, bluzę, bluzkę.... a że trochę godzin byliśmy na powietrzu ....
herbatka - lepik bleee ("tylko trochę posłodziłam")
niesamowite stwory tam siedziały
ze zmęczenia ledwo - ledwo powłóczył nogami, niedługo później na jakiś czas zasnął
nie tylko zresztą Tita
takim to dobrze ;)
modliszka złapała muchę - sprytna bestia i pożerała ją
21 lutego i ta zieleń!!!!
dumny jak paw :P
co ja robię tu? co ty tutaj robisz?
powrót do domu
babcia była z nami :)
Moje dziecko maratonu nie przetrwało najlepiej. Pogoda była zdradliwa, raz słońce, raz zimno. I te ubrania przemoknięte....
W weekend pojawiła się gorączka, więc Luby pomaszerował z nim dziś do lekarza. Moja czujność była uśpiona, bo temperatura nie była szczególnie wysoka, nic więcej mu nie było. A że moje myślenie i kojarzenie po maratonie pracowym pozostawia wiele do życzenia, tak diagnoza mnie zdziwiła.
Angina. Druga w życiu. Drugi antybiotyk w życiu. Po raz pierwszy jakaś choroba powtarza się.
Ma przepisany Ospen. I kontrola w piątek. Łobuzuje na całego. Mama mama i mama. I cycek.
To teraz pora na mojego lekarza .... Irytuje mnie mój temat.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz