:)
Nie zamierzam negować. No bo czymże jest życie, jak nie snem wariata?
Dziś pomiędzy pracą, a odbiorem młodego musiałam odwiedzić dermatologa. Nie cierpię lekarzy! Myślałam że to będzie szast - prast. W końcu idę prywatnie więc płacę, chcę wejść i wyjść. Jak najkrócej. A tam siedzi pierwszy pacjent z 20 minut. Co można robić w gabinecie u derma przez tyle czasu? Tak naprawdę byłam zapisana jako pierwsza, ale pani sobie wyczytywała nazwiska po swojemu i pomimo mojej prośby paniusia przede mną nie zamierzała mnie przepuścić (czytaj: miała gdzieś małe czekające dziecko w żłobku). No ale kolejna kobieta była inna, więc nie wszystkie kobiety są zołzowate, ale tę jedną miałam ochotę poddusić
.
.
W końcu i ja. Parę minut i wybiegam stamtąd. Mam recepty. Może mi pomogą.
Pędzę zapłacić za wizytę. Nikogo nie ma z pacjentów prócz mnie. Czekam. Wepchali się przede mną bokiem ludzie po recepty. Stoją, marudzą. Chyba jestem przezroczysta.... nie widać mnie.... Złość narasta... W końcu i mnie ktoś obsługuje. Nie mają reszty by wydać. No to daję kartę. Nie działa terminal. Ani za pierwszym, ani piątym razem ... Dostaję piany ze złości.
W końcu mogę wybiec, pędzić po mojego maluszka. Nic nie jedzie....
Jadę w końcu tramwajem. Młody chłopak podnosi się na mój widok... Ustępuje miejsca. O rany, źle muszę wyglądać... Mówię później Starszemu, ten pyta, czy byłam z młodym. Sama....
Starszy wybucha śmiechem i stwierdza: nie no, tak staro nie wyglądasz.
W końcu jestem w tym żłobku. Odbieram Titę... znów chwalony, że taki fajny z niego maluszek. Przebieram go. Dzwoni telefon ....tak, akurat ta instytucja miała wyczucie chwili, by zadzwonić. Co ode mnie chcą ...jutro się dowiem, bo rozmowa była niemożliwa. Wyczucie chwili i wyczucie dnia jakże tożsame, bo w pracy było ciekawie również...
Starszy wybucha śmiechem i stwierdza: nie no, tak staro nie wyglądasz.
W końcu jestem w tym żłobku. Odbieram Titę... znów chwalony, że taki fajny z niego maluszek. Przebieram go. Dzwoni telefon ....tak, akurat ta instytucja miała wyczucie chwili, by zadzwonić. Co ode mnie chcą ...jutro się dowiem, bo rozmowa była niemożliwa. Wyczucie chwili i wyczucie dnia jakże tożsame, bo w pracy było ciekawie również...
Oczywiście obowiązkowe mleko w poczekalni i dopiero kierunek dom. Jedna apteka. Druga apteka. Trzecia apteka... W każdej młody coraz głośniejszy. W każdej leku nie ma. Za to nie ma jak tam wejść z
wózkiem, bo albo wózek w drzwiach się nie mieści, albo nie można wykręcić, albo drzwi otwierają
się do środka i trudno technicznie popchnąć drzwi, trzymać je w środku i
wepchnąć wózek, a zaraz po wejściu jeszcze debilny podjazd... Co za
debile projektują takie punkty jak apteki, co wchodzą tam często ludzie schorowani,
z wózkami, jak człowiek na wózku inwalidzkim miałby tam się dostać? Tak, chory niech zostanie w domu... Jak można
zaprojektować tak wejście do apteki, żeby nie móc do niej wejść? Luby
kiedyś zostawił w wejściu wózek i poszedł po lekarstwo. Zostawił wózek i
zastawił wejście. Z kolei ja kiedyś utknęłam wózkiem i ani w jedną ani
drugą nie chciał ruszyć...
W ostatniej aptece scenka. Dziewczynka może ok. 4-5 lat. Zagadująca mamę. Dotykająca paluszkiem przez szybę lekarstw, pytająca. Mama zajęta staniem w kolejce i zajęta niczym. Dziecko jak ta kula u nogi . Strofowanie, napominanie, że ma uspokoić się. Po czym? W końcu słyszę, że ma się uspokoić, bo na dupę dostanie??? Czekałam, czekałam jeszcze na podobne słowa, bo bym coś jej powiedziała. Potem malutka zaczęła biegać w aptece i za nic miała nawoływania chodź tu, chodź tu, a ja miałam złośliwą satysfakcję, bo wredne babsko mnie wkurzyło. Później dziewczynka pobawiła się z Titą w a-ku-ku ku radości i uśmiechom obojga. Co za babko... wrrrrrr.
W ostatniej aptece scenka. Dziewczynka może ok. 4-5 lat. Zagadująca mamę. Dotykająca paluszkiem przez szybę lekarstw, pytająca. Mama zajęta staniem w kolejce i zajęta niczym. Dziecko jak ta kula u nogi . Strofowanie, napominanie, że ma uspokoić się. Po czym? W końcu słyszę, że ma się uspokoić, bo na dupę dostanie??? Czekałam, czekałam jeszcze na podobne słowa, bo bym coś jej powiedziała. Potem malutka zaczęła biegać w aptece i za nic miała nawoływania chodź tu, chodź tu, a ja miałam złośliwą satysfakcję, bo wredne babsko mnie wkurzyło. Później dziewczynka pobawiła się z Titą w a-ku-ku ku radości i uśmiechom obojga. Co za babko... wrrrrrr.
Po drodze widzę obrazek. Cud i miód.
Prewencja ;)
Odpowiedni ludzi po obu stronach (plus wóz na środku) i nagle piesi grzecznie stoją na światłach nie goniąc tramwaju i autobusu. Taki obrazek podoba mi się! Byłam już świadkiem przebiegania pomiędzy autami przez kobietę z wózkiem. A na światłach czeka się bardzo krótko.
I odmienne skrzyżowanie dalej. Z tak debilną synchronizacją albo asynchronizacją, że stoi się tam i stoi, a tylko auta jeżdżą... Po iluś minutach młody zaczął wrzeszczeć i uciekać z wózka uciekać, a mnie naprawdę trafiła cholera jaśnista.... hmm nie powiem co tam zrobiłam, ale furia mnie ogarnęła.
Zamiast do dermatologa powinnam na jogę zapisać się. Może wtedy moja nerwica byłaby ciut wytłumiona.... Ale póki co nie zanosi się...


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz