piątek, 28 listopada 2014

ruszam na wojnę

Miarka się przebrała.
Znudziło mi się.
Ileż można.
Nudne.
Nudne całkiem.
Dość mam chorób.


Ostatnio Starszy miał jakąś infekcję. Miesiąc wcześniej nawet antybiotyk dostał. Wcześniej to co my wszyscy czyli jelitówkę.
W tym roku jego frekwencja nie jest taka jak dotychczas przez 10 lat edukacji.

Mnie co jakiś czas nawraca jakiś badziew. Na antybiotyku byłam parę tygodni temu. Ale kaszel czasami nadal mam jak gruźlik.

Młody co jakiś czas przynosi nowy szczep jakiegoś cholerstwa. Dopiero miał antybiotyk, a tu znowu katar do pasa, szkliste oczy i kaszel.

Mówię, dość. Zaczynam z naturalnymi antybiotykami. Jadłam wcześniej, zacznę znów.
Cebula i czosnek. Nie dam się. Dość.

Czas start.

Wieczorem zrobiłam całkiem niezłą zupę cebulową. Może dlatego taka super wyszła, bo bez serca ją gotowałam i pomiędzy biegami do kuchni, a próbą opanowania tornada domowego i krasnoluda.

Zima paskuda idzie. A jeszcze wczoraj mknęłam przez moje miasto wypożyczonym rowerem miejskim. Dziś już ta sztuka by się nie udała. Halny by mnie porwał lub bym przymarzła na stałe do żelastwa.

A poza tym lubię słychać:
https://www.youtube.com/watch?v=0SEg695ce3k

Z rozmów wieczornych:
- zadzwoniłeś do żłobka, że młodego nie będzie?
- tak
- wcześnie pytam :P (23:35 haha).



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz