Małpiata też trochę kaszlała.
Jedno i drugie smuciło mnie.
Co ten Starszy? Ki czort? Nadrabia choroby za dzieciństwo, czy co? Ani od kogo załapać, bo nikt nie kaszle. Póki co dałam syrop i zobaczymy, co będzie dalej...
Dziś w pracy dostałam wiadomość, że Lily zniknęła. Nie ma. Małpiata sępiąca na co dzień jedzenie, nie odstępująca przygotowującego posiłki... Zawsze obok. Blisko. A tu od rana nikt nie widział. Czarne myśli miałam w głowie i to, że wczoraj wieczorem kaszlała. Bałam się.... że znalazła jakieś ustronne miejsce ... że jej już nie ma. Tkwiłam na telefonie wpatrując się w ekran, czy odnalazła się. Ale nie.
Po pracy leciałam do domu jak na skrzydłach wypatrując, czy nie ma jej gdzieś w krzakach. Czy nie uciekła. Zaglądałam pod choinki.
Weszłam do bloku i sprawdzałam piętro po piętrze każdy kącik.
I znalazłam ją.
Na jednym piętrze wystraszona i przyczepiona do drzwi jakiegoś mieszkania nawet nie drgnęła na mój widok.
Dziewięć godzin spędziła poza domem.
Kiedy uciekła? Komu? Czy będzie miała jeszcze ochotę na ucieczki?
Odetchnęłam.
To członek rodziny.
Pełnoprawny.
Można nadal uśmiechać się i być szczęśliwym.
Już w zeszłym roku zaserwowała nam atrakcje jak okazało się, że spadła z 10 piętra! Jedyny znany mi kot, który przeżył lot z takiej wysokości. I to bez jakichkolwiek konsekwencji.
Ach ...
Małpiata w całej okazałości.
A moja mama dziś wymiotła. Na całego. Oglądała z przejęciem serial (na faktach autentycznych :PPP) ze łzami w oczach. I nie byłoby w tym nic strasznego, ale niestety opowiadała mi fragmenty serialu, co było, kto jest kim, czego szczerze nie cierpię. Nie mogłam - jak spoglądałam na ekran chichotałam z gry aktorskiej. Emocje jak w Niewolnicy Isaurze. Okropna ze mnie córka. Nic współodczuwania, sama drwina. :P



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz