Dziś pierwszy raz miałam odebrać Titę ze żłobka.
Pierwszy, bo dotychczas zaprowadzany był jak najpóźniej i zabierany jak najwcześniej, by jak najmniej czasu na początku przebywał w placówce (nie miał adaptacji jak inne dzieci). Przez Lubego rzecz jasna, bo ja w tych godzinach pracuję.
Miejsce, gdzie w żłobku zostawia się wózki, pokazałam Lubemu w pierwszym dniu. Zresztą chyba nie było trzeba, bo co dzień widział multum wózków zostawionych.
Od wczoraj trułam, by dziś nie zapomniał wózka, bo stamtąd ok. 3 km do domu mam.
Miał mnie podwieźć do Ogrodów, bo czarodziejskiej PEKI jeszcze nie mam, stamtąd bym już pomknęła sobie na nogach mając PEKĘ w poważaniu.
Jakie było moje zdziwienie, jak zapytał się w czasie tej krótkiej jazdy, czy chcę wózek!?
Zapomniał, że wiózł go nadal w aucie.....!!!
Na skrzyżowaniu, jak ostatnia kretynka wyciągałam wózek, by potem parę kilometrów pchać pusty wózek do żłobka.
Jeszcze tylko zdobytego towaru było mi napakować i heja przez miasto.
Gdzie faceci mają głowę????
Czułam się jak prawdziwa kretynka. Złomiara pełną gębą.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz