Dwa dni żłobka za nami. Za mało, by wiedzieć to, co bym chciała.
Moja naturalna potrzeba posiadania informacji nie jest zaspokojona.
Nie wiem, co cały dzień robi. Ile zjadł. Co zjadł. Ile razy miał zmienioną pieluszkę.
Dziecko nie mówi i nie powie.
Wczoraj jak otworzyły się drzwi do pokoju poszedł tam jak w dym. Nie obejrzał się, bo nie wiedział, że rodzice wraz z nim nie wejdą. Że go zostawią. :(
Przed drzwiami kotłowali się zdenerwowani rodzice obojga płci.
Przedszkolanka kazała nam wycofać się.
Tata odebrał go w południe. Na jego widok wskoczył mu na ręce i tam pozostał.
Dał im popalić. Parę godzin w żłobku, a tu już maluch rozpracowany. Że ma charakterek. Że musi postawić na swoim. Ciekawe, po kim to ma. :)
Ponoć później już było lepiej. Ponoć coś zjadł.
W domu tata dał mu soczewicę z czymś tam. Ponoć jadł tak, jakby nigdy nic nie jadł. Rzucał się na jedzenie. Potem wróciłam z pracy.
W domu z wyjątkiem drzemki, która nastąpiła dopiero o 15 i spaceru, wisiał co chwila na piersi. Bidulek musiał odreagować stres.
Dziś ponownie po otwarciu drzwi poszedł jak w dym. Ponownie dostaliśmy polecenie oddalenia się. Jak mój pojechał go odebrać w południe słyszał jego płacz.
Dzieci wiedzą, że domofon oznacza, że rodzic przychodzi po dziecko i pozostają pełni oczekiwania, Tita płakał.
Straszne. Takie przechowalnie, bo rodzic musi pracować. :(
Trudno by po dwóch dniach było idealnie. Ale szkoda mi maluszka.
W domu znowu pierś była na uspokojenie. Śpi, ale nerwowo popłakując.
Ponoć ma już dwa ulubione autka.
A najbardziej rozwaliło mnie, jak przebierając Titę zobaczyłam, że ma na sobie pampersa, na którym pisakiem napisane było: GABI. :)
Póki co nie jestem fanką żłobka. Mam nadzieję, że napiszę pozytywny post o żłobku. Że Tita polubi. Że ja polubię. Inaczej będzie kiepsko.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz