Czuję się jak w Ferdydurce. W świecie absurdu i obłędu.
Mój poziom agresji wzrasta.
Nadto Tita ma trudne dni. Znowu są krzyki, jęki bez przerwy, non stop. Idzie oszaleć. Głowa pęka na kawałki.
Może i to zęby, bo pcha znów rączki do buzi. Ślini się od paru tygodni jak nigdy wcześniej. Śliniaki spakowane zostały miesiące temu, bo nigdy nie były potrzebne, a tu księcia trzeba przebierać, bo do pasa mokry i mokry.
Zaaplikowałam mu dziś przeciwbóla. I sobie też. A co.
Z domu wyjść dziś nie było można, bo padało. Wczoraj wyszliśmy, ale też pojękiwał i wrzeszczał.
W domu ambitnie trenuje wszelakie ćwiczenia, działające na mój system nerwowy. W wieży pstryka guzikami, że tylko patrzeć, kiedy zepsuje. Ścisza, robi głośniej, za głośno, wyłącza głos wtedy, kiedy chcemy coś usłyszeć z tv. Trzaska szufladami bez pamięci i nie wzrusza go to, że są zablokowane i nigdy nie udaje się mu ich otworzyć, za to jaki hałas cudny jest. Trzaska drzwiczkami od kuchenki, próbuje lodówkę otworzyć.
Oczywiście gdy z nim jestem sama nic nie chce jeść. Mleko i mleko i nic innego nie liczy się. Za to liście w parku, lub zużyte pałeczki higieniczne do zjedzenia dlaczego nie.
Potrafi drzwi otworzyć na klatkę schodową. Udało mu się już zejść jedno piętro niżej, gdy wychodziliśmy na dwór. 18 stopni pokonał zanim go dopadłam.
Dwa ostatnie dni rozłożyły mnie. Psychicznie.
Jutro będzie lepszy dzień.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz