poniedziałek, 15 września 2014

bez tytułu

No to sumplementujemy się elektrolitami.
Poza tym po badaniu nic więcej. Osłuchany, zajrzała w gardzieło, sprawdziła brzuszek, główkę, przygięła główkę do tułowia. Lekki stan podgorączkowy, nic więcej. Badanie nie podobało mu się. Darł się okrutnie.
Byle przy biegunce pił, rzekła.
Była zdziwiona, skąd młody podłapał chorobę.
Jak to skąd, żłobek.
Zresztą nie tylko on.
Dziś mama poległa, a tak liczyła, że ominie ją to.
I Lubego zgina.
W tym tygodniu nie dajemy Tity do placówki. Niech sobie sami chorują. ;)
Pytanie tylko, ile osób w ten sposób załatwili. 


Najgorsze jednak, że auto bym rozwaliła.
Nie zauważyłam skarpy na osiedlu przy lekarzu i zamiast przyhamować, dodałam gazu.
Już, już widziałam przychodnię {już był w ogródku, już witał się z gąską}, a że byliśmy lekko spóźnieni.... U tego lekarza nie czeka się w durnych kolejkach.
Zbyt rzadko tam jeżdżę, zanim zauważyłam spowalniacz, było za późno. :///
Łupnęło, jakby podwozie rozpadło się.
Miałam stracha ruszyć potem.

Kiedyś, w poprzednim aucie - Kaśce, tak przywaliłam w skarpę, że uderzyłam głową w sufit. Wtedy też intieligientie pomyślałam, że taka piękna droga, a dają ograniczenie km/h. :P
No ale tamto auto było małe, a kombiakiem tak przywalić.... to trzeba być naprawdę.... Nienormalnym.
Dobrze, że mój Luby nie z tych co wrzeszczą. Ani nawet krzyczą. Mówią po wszystkim spokojnie. Mam unikat w domu.
Ech, teraz będę jeździć i cały czas zastanawiać się, czy coś się nie rozsypie. Brak mi słów na siebie. Chyba nie potrafię normalnie życ. :(

Taka anegdota. Prawdziwa. Kobieta miała wypadek. Jechała z dzieckiem. Nic wielkiego im się nie stało. Zadzwonili po pana męża. Pan mąż przyjechał, przybiegł, ominął rodzinę i dopadł do auta, sprawdzając szkody.

Ale miałam też dziś trochę radochy. Poszliśmy z młodym na spacer bez wózka. Chodziliśmy sobie po lesie nad jeziorem. Jechał gostek, który nie wyhamował na zakręcie rowerem. Jego analiza ryzyka jak i moja nawaliła. Zamiast skręcić przywalił w drzewo, wywaliło go z roweru, a jego bambetle się rozsypały - słoiki i inne skarby lasu. Nie mogłam. Łzy spływały mi ze śmiechu. Musiałam się plecami obrócić, bo to było z mojej strony niekulturalne. Te rżenie. Mistrz.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz