Sen rzecz święta. Tita niewyspany jest okropny. Jęczy, piszczy, ryczy, buczy, wyje, wiesza się na nodze i tak aż do położenia go spać. Niewyspany i obudzony za wcześnie też nie należy do szczęśliwych, a my wtedy jobla dostajemy. Wczoraj w pracy dostałam sms z podwórkową łaciną, tak tacie w ciągu dnia dopiekł. Ząb nr 15, który nadal przebija się i przebić się nie może powoduje dodatkowe atrakcje.
Usypianie go to loteria. Uda się uśpić czy nie uda?
W ciągu dnia mam problem go uśpić w domu, bo nauczony jest, że to tata go usypia. U mnie w dzień zasypia we wózku ... gdy przejdę z nim sporo km, albo gdy przewiozę go autem w foteliku.
Wieczorem tata nie może go uśpić, bo musi być do tego mama do tego i cyc. I to najlepiej jeszcze leżeć obok niego, bo awantura jest.
A do tego śpi czujnie jak ryś. Wczoraj przebudził się ... jak przechodziłam koło łóżka skradając się po coś. A później jak otworzyłam drzwi balkonowe. :P
W czasie snu ma załączony jakiś radar i siódmy zmysł. W ramach eksperymentu stwierdziłam więc, że ubiegłej nocy śpimy obok w pokoju. Rano, kiedy większość ludzi tnie jeszcze komara obracając się na drugi bok, jak od kilkunastu lat ku chwale Ojczyzny ewakuowałam się z łóżka. Zwiałam. Ufff, nie obudził się. Nagle moje uszy dobiegają dźwięki. Nie wierzę. Wyglądam z łazienki, nasłuchuję. Ku** jego mać, interaktywna zabawka stwierdziła w szafie, że jej się nudzi. Nosz kurde jej mać! Bez przerwy załączała się, a wyciągnąć torbę z zabawkami to znaczy uruchomić całą orkiestrę grających zabawek. Co za chichot losu. Wymknęłam się do pracy z nadzieją, że badziew przestanie grać.
Po południu sukces. Młody w domu zasnął ze mną. Tak, tak, ze mną, jestem niskociśnieniowcem, wystarczy mi zjedzenie posiłku albo zamknięcie w pomieszczeniu bez świeżego powietrza. I nie wiem, kiedy odpływam. Młody walczy, ucieka, szaleje, broni się przed snem, jęczy, skacze, a matka na pstryknięcie w parę sekund odlatuje. Na spacerze na ławce potrafię odlecieć. Wczoraj zasnęłam trzymając młodego na rękach. [Ze starszym kiedyś odleciałam w MPK ... Stałam w autobusie trzymając wózek i zasnęłam. Obudził mnie moherowy beret, jazgotliwy i wieszający na mnie psy, co ze mnie za matka.].
Śpimy więc dziś (ja nawet nie wiedziałam, że śpię) i nagle dzwonek do drzwi. Wystartowałam na równe nogi. Młody rzecz jasna z rykiem wstał również. Kuźwa, ktoś mi go obudził. :/ Rzut oka przez Judasza, któż zacz. Przywdziałam coś na siebie. Otwieram.
- Czy pani chce kalendarz kominiarzy*????
- hę że co??
Lookam na niego, faktycznie kalendarz trzyma w ręce.
Morderstwo w oczach. Niedowierzanie. I tyle mnie widział. Jebut. Trzasnęłam mu drzwiami przed nosem bez jednego słowa. Niech się cieszy, że byłam miła i nie zrzuciłam go ze schodów.
Koniec lipca. Połowa wakacji i druga połowa roku. Kuźwa, dla makulatury będzie mi dziecko budził z takim trudem usypiane!
Kapucyn bosy poszedł, a młody przez parę następnych godzin przez niego jęczał i piszczał. I tyle w temacie. ://
_____
* Pamiętacie te kalendarze co to na szczęście roznosili po domach za przysłowiowe "co łaska"? Zapewniające powodzenie na kolejne dni roku. Substytut dotknięcia guzika.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz