Otwieram oczy. Jasno na dworze. Jest źle. Rzut okiem na zegarek. 5.52. 38 minut do początku pracy, 19 km do przejechania. Co tam. Rzut na FB, jakiś komentarz. Makeup, śniadanie do torby, laptop na ramię. Zdążyłam przed czasem.
Powrót. Praca dluzsza, bo ćwiczenia. Pół godziny do odebrania dziecka ze świetlicy, zdążę.
Dojazd na eskę i oczy jak pieciozlotówki. Szlag! Dwa pasy stoją po horyzont. Zawrócić już nie można. Szlag!
Wypadek czy te cholerne zwężenie, gdzie od kilku dni zablokowali po obu stronach jeden pas (z przyczyn nieznanych, bo nic się nie dzieje). Wciskam się na prawy pas. Jedziemy i jedziemy i jedziemy. W końcu oznaczenia o zwężeniu, dalej tempo okrutne. Z daleka widać koguty. Nikt nie robi pasa życia? Co się dzieje?
Co tam w rowie leży?
Ach, potrzaskana przyczepka, na której był znak, by zjechać na lewy pas. Jakieś 300 metrów dalej tir na poboczu. Jak w to lupnal, to w rowie wyladowalo. Chyba jeszcze nigdy nie rżalam ze śmiechu na widok wypadku. Do szkoły wpadłam przed 16.
A potem do niej wrociliśmy, bo dziecię zostawiło ćwiczenia, a dostali pierwsze zadanie do odrobienia. I od razu Auchan.
Droga już przejezdna.
Niestety pachołki pozostały i nadal jest tylko jeden pas. Ale kto wie. Może jutro kolejny tir je zmiecie na pobocze???
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz