wtorek, 27 grudnia 2016

Raport poświąteczny.

Żyję, żyję.

Chociaż święta w domu rodzinnym bywają trudne. Co roku to samo. Co samo ten sam mord w oczach. I nóż w kieszeni.
Co roku te same wojny o głupawe i nieistotne rzeczy. A to, że za dużo jedzenia zrobiłam. A to, że komuś pierogi zrobiłam. I pretensje. A to, że te uszki to na pewno dla byłych teściów robię. Jednego roku były krzyki, że za dużo upiekłam. Zaniosłam ciasto wtedy do sąsiada, smakowało mu i zjadł.

A w domu rodzinnym tymczasem .......... misja - kupić jak najwięcej jedzenia. Ale nie dla kogoś - do własnej lodówki. Zapchać lodówkę. Bo przecież może ktoś będzie miał na coś ochotę. Gdyby jeszcze moja własna rodzicielka planowała coś zrobić i czyniła to własnymi rękoma, tematu by nie było. Ale nie - tu jest dyrygowanie. Bo jest zmęczona. Więc to mną dyryguje. Zrób to, zrób tamto. W drugi dzień świąt jak totalna kretynka spędziłam kilka godzin w kuchni patrosząc kaczkę, robiąc farsz, mieląc go a potem kaczkę zszywając nitką. A tymczasem jedzenia na stole tyle, że nie spróbowałam nawet wszystkiego. A tu jeszcze przygotowane do zrobienia karkówka, filety, kurczak. Surowe.

Marzenie świątecznych dni. W święta - po kilku wcześniejszych dniach w kuchni - znowu spędzić czas w kuchni .... gotując dla nie wiadomo kogo. Cztery osoby dorosłe + z gości brat z bratową. Przez chwilę.
Moja rodzicielka jest trudną osobą. I obrażalską.
Jadę (jak co roku) do moich byłych teściów. Obraza. Łzy w oczach. Naskarżyła komuś do telefonu "zostawili mnie".
Nosz ku..... To najpierw komuś ubliża i obgaduje ... a potem się dziwi, że nie zapraszają ją.
A ja jadę do byłych (od lat kilkunastu) teściów - i jadę z dziećmi i z moim Lubym. Bo akceptują mnie. Bo akceptują mojego młodszego synka i są dla niego przyszywanymi dziadkami. I zawsze na nich mogłam liczyć.  I siedzimy tam w spokoju i rozmawiamy. I akceptują Lubego. I można tam oddychać pełną piersią. Bez głupich i idiotycznych jazd.

Jazgotu mam dosyć. I odwiecznych tekstów o zmęczeniu i chorobie. A kto z nas ma gwarancje, że doczeka kolejnych świąt? Kolejnego dnia? Czy to powód by zatruwać życie innym? Po takich świętach przyjeżdżam naprawdę pełna złej energii.
I tak sobie wymyśliliśmy, że co dwa lata będziemy robić azymut na święta do rodziców Lubego. Też mają prawo do świąt z wnuczkiem. A tam jest atmosfera taka jak u byłych teściów.
Jak to powiedziała moja przyjaciółka - mam szczęście do teściów. Ba - i byli i przyszli się znają. A mama moja ich nie zna. Bo też focha walnęła przy chrzcinach.I po prostu ich lubię. Byłych i przyszłych.
Ufff oddychamy spokojnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz