poniedziałek, 28 grudnia 2015

28.12.1997

18 lat temu.
Termin porodu na styczeń 1998r.
Dziś wiem, że czas nie był wyliczony dobrze, ale wtedy miałam jeszcze trochę komfortu psychicznego, bo termin miałam na 6 stycznia 1998 r.

Po świętach przebudziły mnie w nocy skurcze. Zaczęłam notować. Coraz częstsze. Mocniejsze. Małżonek nie był szczęśliwy, bo jedyne uśmierzenie bólu miałam, gdy dokonywałam biegów po pokoju. On chciał spać. Ja też chciałam, ale nie mogłam. Rano zgarnęliśmy się do szpitala. Skurcz w taksówce na zakręcie ... tak, to było niezapomniane.

Szpital. Procedury. Denne wypisywanie papierologii. I położenie na łóżko.
Małżonek wrócił do domu.
Czas wlekł się w drugą stronę. Zegarek cofał się do tyłu. 
Co chwilę rozwalało się łóżko złożone z podgłówków.
Bo wierzgałam.
Co chwilę pielęgniarki beształy mnie.
Przychodziła jedna.
- Ma pani leżeć na lewym boku.
Przychodziła druga.
- Ma pani leżeć na prawym boku.
- Nie wolno wstawać z łóżka!
- Nie wolno pić!
- Nie wolno chodzić!

A mi było wszystko jedno.
Naszprycowana prochami patrzyłam na płytki na ścianie. Szlaczek zlewał się i wydawało mi się, że wzorek płynie wkoło pokoju.
Myślałam, że umieram.
Godziny mijały.
Gdy w pewnym momencie spojrzałam, dostrzegłam męża.
Nielegalnie dawał mi wodę do picia.

Na korytarzu miałam pozostałą grupę wsparcia.
Koleżanka, mama, teściowa, teść.

W pewnym momencie teść oddalił się już do domu celem schłodzenia wódki.*
Pozostawił teściowej telefon komórkowy.
Był rok 1997.
Telefon komórkowy to nie było urządzenie powszechnie występujące.
Teściowa nie potrafiła obsłużyć, jeździła windą poszukując osób, które by pomogły zadzwonić.
Nawet lekarzy zaczepiała.
Tak, tak było.

W końcu poród.
Pielęgniarka kazała zaprzeć się nogą na jej ramieniu.
Jak się zaparłam krzyknęła, że ją połamię.

osiemnasta dziesięć
- Syn - oznajmiła pielęgniarka (chcieliśmy mieć niespodziankę).

I dobrze, że syn. Bo gdyby był dziewczynką, miałby niefajne imię, bo dla syna wybierałam ja, a dla dziewczynki mąż. ;P Ale czułam, że to będzie chłopiec.

Spojrzałam, czy ma obie rączki i nóżki. I wszystkie paluszki.
Gęsta czarna czupryna.

Poszła zważyć.
- przyniosłam kloca - oznajmiła pielęgniarka po powrocie
- mama, ile waży? - zapytała mnie
- 4.200 -  rzuciłam
- oko matki - odparła

Bo tyle miał. 4.200

Mąż spojrzał i rzekł:
- fajny jest, nie?

A potem syn zaczął gadać, na co moja mama nie mogła napatrzeć się, bo jej dzieci wszystkie po cc. Nie miała możliwości obserwacji.
A dziś skończył 18 lat.
A tamten dzień jakby był wczoraj.

A kilka lat później wyruszyliśmy w podróż w dwójkę.
Syn miał tylko matkę.
Matka miała tylko synka.

Było bardzo trudno.
Ale drzewo nie smagane wichrem rzadko kiedy wyrasta na silne i zdrowe.

My daliśmy radę.

Kocham Ciebie Synku.

______
* po zakrapianej imprezie nikt z uczestników nie dotarł następnego dnia do pracy. Zapili z radości całkiem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz