piątek, 20 lutego 2015

kartka z kalendarza

Dziś piątek, tydzień później.
Uff.
Ogrom emocji, stresu, zdarzeń. A w tym wszystkim normalne życie.
Baterie dziś wyczerpały mi się.
Zastanawia mnie, jak człowiek by funkcjonował, gdyby nie było przerwy weekendowej na regenerację sił do życia. Gdyby bez przerwy człek tetrał jak osioł (pracował znaczy). Mediana długości życia byłaby zdecydowanie inna. A i jakość pracy byłaby nędzna.

Na te wyczerpane całkiem baterie przyszło mi zmierzyć się z odebraniem Tity ze żłobka. Dziś pojechałam po niego środkami masowego transportu, nie miałam siły na 7 kilometrów spaceru w obie strony.

Pędzę po niego co dzień
najszybciej jak tylko mogę. I tylko czasami zastanawiam się dlaczego tak się spieszę....

Dzwonię domofonem i mówię, po kogo idę. Drepczę na 1 piętro do grupy Pszczółek, mijając na dole grupę Motylki. Otwieram ciężkie drzwi (przeciwpożarowe) i jestem w szatni. Dziecko zawsze jest wyprowadzane przez przedszkolankę. Sama wyprowadza dziecko, by innym maluchom nie było przykro, że nie idą do domu i by nie było płaczu - wiedzą, że domofon oznacza, że ktoś przyszedł. Przedszkolanka prawie codziennie zdaje mi raport "mama wszystko dobrze", je, śpi, bawi się itd.
Młody radośnie puszcza rączkę przedszkolanki. Ta wraca do dzieci. I zaczyna się. Biegi po szatni, pokazywanie na obrazki. Kulanie się po podłodze (a trzeba młodzianowi ściągnąć kapcie, założyć spodnie, bluzę,  buty). A toto zwiewa. Otwiera drzwi do jakiś pomieszczeń przedszkolanek. Szarpie się z okolicznymi klamkami. Bywa że wisi nieubrany na drzwiach do wyjścia bo już - już ! natychmiast chce mleko. Jak się w końcu przymusem chwyci i posadzi na takie stoliki z przebierakami to następuje wrzask i bunt. Wyginanie, próby zeskoku. W końcu sukces. W połowie ubrany! 
Jesteśmy już w poczekalni ze stolikiem i fotelami. Gramolę się na fotel, a młody rzuca się na mnie i mleko jakby cały dzień nic nie jadł. Potem obowiązkowy drugi cycek (nie może zmarnować się). I ucieka mi na wysokie schody. A tu jeszcze kurtka i czapka do ubrania. Jak dogonię go na wysokie schody to bywa że zwiewa z powrotem w kierunku wejścia do szatni. Albo okupuje lustro. Albo musi dotknąć Pszczółki na drzwiach. Z okrzykiem Indianina. I stoję jak jakaś kretynka, czas leci a młody raz tu, raz tam. Prośby, groźby, mówienie są ignorowane.
[Jego kolega żłobkowy dwukrotnie wychodząc ze żłobka dodatkowo usiłował wynieść wazon ze sztucznymi kwiatami i nie zamierzał odstawić].
Doganiam go na schodach. Nie daje sobie pomóc (o tym będzie osobno). Odrzuca rękę. Idzie tyłem, stoi na schodach tyłem. Mam wizję jak leci z tych wszystkich schodów na dół. Jak zejdzie ileś schodów wchodzi z powrotem. Schodzimy w końcu na dół - asekuruję żeby jakby co spadł na mnie, jesteśmy w końcu na dole, pakuję siatkę do wózka, a to małe drałuje z powrotem do góry. Zapakowany pod pachę do wózka drze się jak obdzierany ze skóry. Dziś uparł się, że będzie bawił się drzwiami na dole.Usunął zabezpieczenie od drzwi wyjściowych i szarpie się z nimi. Potem zamknął się w łazience i bieg za nim by nie zamknął się od środka. Miałam dość, wrzuciłam go siłą do wózka. Wrzask który nie wiem gdzie było słychać. 
Idziemy na tramwaj. Nie mam dziś siły na spacer do domu. W tramwaju i autobusie wrzask (nie lubi jeździć). Ale mam sposób na niego. Mam bułkę (suchą), lub rogala czy ciastko bebe. I jest chwila ciszy. Je i ogląda wszystko. Na osiedlu jego cierpliwość całkiem kończy się. Wrzask taki, że go wypuszczam. Niestety nie chce iść nigdy w tym kierunku, co dom. Pokonywanie górek, schodów, progów, krawężników. Wszystkie po ileś razy. Jak doszliśmy do sklepu miałam naprawdę dość. Jeszcze przed sklepem uciekł mi na drogę co auta jeżdżą. W sklepie taki krzyk, że jakaś kobieta przepuściła mnie przy kasie.
- on nie będzie lubił kiedyś zakupów - rzekła
Zdecydowanie się z nią zgadzam.
Potem jeszcze kilka prób ucieczek w bloku, otwieranie innych drzwi, ucieczki na wszystkie schody. Naprawdę mam dosyć. Co dzień to samo.

Dzisiejszy powrót do domu. I wszystko w temacie.



Jutro mam w planach wziąć go w takie miejsce, gdzie może sobie biegać do bólu. Jeżeli do jutra nagle nie zachorujemy, prawo ironii losu numer 6 w przypadku planowania pstryka nam po nosie. Więc zobaczymy co jutro przyniesie.

 Nikt w domu nie gotuje tak różnorodnie. Sama bym się zapisała na te jedzonko.


Apetyt dopisuje. Waga w tygodniu 12.600. Bez ubranek. :P


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz