XXI wiek.
Cywilizacja pośpiechu.
Nerwicy.
Wścieklizny.
Znieczulicy.
Szału.
Nie ma już wrogów, z którymi można walczyć.
Nie trzeba walczyć z systemem.
Nie trzeba walczyć z władzą.
Nie trzeba walczyć, by zdobyć towar i stać się dumnym właścicielem pralki lub lodówki. Albo tej samej wersalki czy serwisu kuchennego.
Nie trzeba kombinować, by kupić mięso.
Nie trzeba mieć obcej waluty, by w Pewexie zakupić słodycze.
Ale to za mało dla nas.
Mamy coś w naturze.
W genach.
Musimy walczyć.
Święta za pasem. Ludzi ogarnął obłęd.
W weekend Luby chciał zakupić łososia, a parę sztuk ludzkich kłębiło się wokół karpi. Z podbierakiem, bo trzeba wszak wyłowić jak najlepszą sztukę.
Zjedli by go, że nie ustawił się w kolejkę do ryb, a chciał być obsłużony. Bo najpierw mieli być oni, jak już w końcu podbierakiem wyłowią sztukę, co im spodoba się ... Normalnie ludzi wali... wali na mózg. Po jakiego grzyba ktoś walczy o rybę dwa tygodnie przed świętami. Jakby jeszcze tego towaru miało zabraknąć... ale jest go. Jest go od cholery tylko mieć kasę i płacić.... I ci szalejący wokół basenu z karpiem nie rozumieli, że ktoś chce tylko parę dzwonków łososia i po 20 sekundach sobie pójdzie, a tamci niech sobie łowią do upadłego.... Zdobyć karpia, zdobyć, już mieć. Posiadać.
Notoryczna walka do kasy. Kto pierwszy. Stratować, dobiec przed innymi. A propos kobiet ciężarnych napiszę tu kiedyś odrębny post. Wywalczyć 5 minut czasu. Ja wygrałam. Byłam pierwsza. Dobiegłam. Wow. Medal poproszę.
Gdzie tu czasy rodziców, gdzie całą noc ustawiały się kolejki i ludzie stali bez marudzenia, bo chcieli coś zakupić. Gdzie o każdy towar trzeba było walczyć...
Bankomat dziś. Kobieta wypłaca. Liczy to, co jej maszyna dała. Ktoś za mną zwraca uwagę, by liczyła obok. Obracam się, przepuszczam tą spieszącą się osobę. Na tramwaj jak się okazało. I nieważne, że co kilkanaście minut jedzie kolejna bimba...
Stoję niedługo później na poczcie. Przede mną kobieta. Przy okienkach obsługiwane osoby. W tym emerytka. Ta przede mną macha ręką z rachunkiem. Stęka, jęczy, pufa buzią, podskakuje, dokonuje wyrzutów rąk, komentuje opieszałość obsługiwanych przed nią. Teatr jednego widza. Ba! Szuka we mnie sprzymierzeńca. Bo się spieszy do pracy. Po paru minutach nie wyrobiłam. Pojechałam sobie po niej. Powiedziałam, że może opłacać rachunki w domu wtedy zajmie jej to dwie minuty. Że każdy chce być obsłużony, a nie tylko ona, a swoim stękaniem tylko humor ludziom psuje. I jeszcze inne dołożyłam. No wydawała tyle dźwięków, że normalnie mnie trafiła jaśnista. Zamknęła się w końcu. Egocentryzm i widzenie tylko czubka własnego nosa. Ja, ja i ja.
Podobne obrazki obserwowałam też jako ciężarna, obserwuję teraz jako matka. Nawet Starszy mówi, że ludzie zachowują się jak cebule (w moich czasach to były buraki). Bo czasami przecież trudno zauważyć, że ktoś wózkiem nie może wyjść ze środka masowej komunikacji i ma problem z przeniesieniem wózka przez schody....
Pamiętam, jak w centrum nie mogłam przejść pod przejściem i szarpałam się kilka minut z wózkiem. Każdy obojętnie mijał, dopiero parka cudzoziemców pomogła....
To takie trudne? Rozejrzeć się wokół? Na chwilę przystanąć? Są sytuacje, że człowiek naprawdę spieszy się. Gdzie może nie widzieć. Ale zawsze? Masowa ślepota i znieczulica jest okrutna.
--------------
Dzisiaj Luby usiłował się porwać na zrobienie pierogów. :P Odwiodłam go od tego pomysłu. Usiłował mnie przekonać, że produkt mu wyjdzie. Wyjść to może by mu wyszło, na przykład farsz z ciasta... :P No to zrobił szagówki :PPP. Chyba nieprędko zrobi ponownie, bo były średnio jadalne. aaaaaa bleee!!
Dziś Starszy pojechał po produkty komputerowe do kompa Lubego. Zapomniał plecaka. Dzwoni, bym zrzuciła z balkonu. Pojechałam blondynką - włożyłam parę klocków drewnianych - no obciążenie że hej! i rzuciłam.
Odbiło się od jakiegoś okna. Chwila zgrozy i oczekiwania, czy pierwszy raz nie wybiłam przypadkowo komuś okna... Grudzień, 17-ta, ciemno, nic nie widzę. Dzwonię do Starszego....
Plecak zrzuciłam i owszem....ale zawisł na drzewie. Okna nie wybiłam, za to urwałam z parapetu to co zakłada się, by gołębie nie siadały ... Czy ja naprawdę nie mogę nic zrobić normalnie? Starszy zaoszczędził czas wracając do domu usiłując przez pół godziny zrzucić plecak z drzewa....
W domu padłam. Młody nie chciał paść, a mnie przyciężkie szagówki zamknęły powieki. W końcu Tita jednak zasnął przy mnie. Starszy składał kompa, wymieniał części...
Obudziłam się w końcu i usiadłam.
Patrzę, a na stole w miseczce Tity wraz z ciasteczkami pineska. PINESKA!!!!! No nie wierzę!!!
Zgroza. Ukradł Starszemu ....dobrze, że do buźki nie włożył .....

Przeczytalam ostatni tydzień*)nie rozumiem kilku słów pewnie są miejscowe*)Kazdy rejon polski to inna gwara*)Pozdrawiam Ania i będe zaglądać.Ps Filip tez ostatnio grzebie w buzi,moze to 17 zabek???
OdpowiedzUsuńSzagówki to kopytka. :))
UsuńU nas 17 i 18 ząbek przebijały się przez ponad 3 miesiące. A wcześniej ślinił się strasznie, krzyczał lub usiłował podgryzać nas lub inną materię. No i oczywiście towarzyszący zębom nieodłączny katar.